niedziela, 7 września 2014

Rozdział 4

Nie mam pojęcia co sie ze mną stało
coś pozmieniało światłość w ciemność - Zeus
-ONA ZA NIEGO WYCHODZI!- wrzasnął Zabini wchodząc do pokoju Dafne. Z zaskoczeniem zobaczył że nastolatka pakuje się do jednej walizki. Niemal zapominając o swojej złości, stanął jak wyryty w przejściu.- Co ty robisz?
-Pakuje się, nie widać?- odparła, wkładając bluzki do walizki w między czasie czytając list od Larsa.
-Ale po co?
-Wyprowadzam się do domu Carter*. - odparła, kończąc czytać list. -Tak w ogóle to dzięki za informację że to tam spędziłeś pierwszy weekend wakacji, miło nie powiem.
-Odpuść sobie, dobra? - warknął Blaise.- Sama wolałaś zostać w domu.
-Yyy, bo nie wiedziałam że wy na serio to planujecie?- zapytała sarkastycznie- Nie wiedziałam że jesteście tacy głupi by tam zamieszkać. Ale jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
-Aha, dlatego  będziesz się na mnie wyżywała?
-Ja się na nikim nie wyżywam, tak?!- krzyknęła zirytowana już nastolatka- To ty mi włazisz do pokoju i zachowujesz się jak jakaś przybłęda! Idź odwiedź Davis, swoją matkę albo paczkę u Carter! Tak, Diana ma ślub z tego co mi ostatnio mówiła to jeszcze w te wakacje. 
-Posłuchaj mnie ty...
-W moim własnym domu, masz zamiar mnie wyzywać?
-A co? Tatusia zawołasz?- a po chwili dodał, niewyraźnie. - Kuźwa.
-Taki z ciebie facet że nawet kuźwa dobrze nie powiesz.- odparła ze śmiechem Dafne. Rozśmieszył ją.
-Bo nie jestem świnią!
Dziewczyna spojrzała na niego. Miał całą czerwoną twarz z nerwów.
-No tego bym nie powiedziała.- wymamrotała, próbując nie wybuchnąć śmiechem.- No nic. Schodź mi z drogi Zabini.- warknęła odpychając go i natychmiast wchodząc o kominka. Po chwili zniknęła w zielonych płomieniach.
Blaise patrzył się w miejsce w którym jeszcze przed chwilą zniknęła jego... być może już dawna przyjaciółka. 
-Pan Parkinson umarł.- Zabini usłyszał za plecami głos młodszej siostry Dafne. Obejrzał się  i popatrzył na Astorię. Stała parta o futrynę z rękoma na piersiach. Miała na sobie białą sukienkę a brązowe włosy spięte w kok. Dziewczyna zmieniła się podczas tych wakacji. Urosła a jej twarz nabrała dojrzalszego wyrazu. Twarz młodszej z sióstr zaczęła dorównywać jej intelektowi.- Lyra miała próbę samobójczą a Lars ma jakieś problemy w Niemczech ze śmierciożercami. 
-Z Lyrą już dobrze?- zapytał tak dla upewnienia Blaise. Sam nie wiedział czemu ale Astoria działała na niego uspokajająco. 
-Tak.- odpowiedziała cicho. Zapanowała niezręczna dla Zabiniego cisza. Zawsze miał o czym rozmawiać z dziewczynami, jednak nie z Astorią. Ona oraz jej siostra były jedynymi dziewczynami które oparły się jego urokowi. Co prawda kiedyś był przez tydzień z Dafne, jednak okazało się że powiedzonko 'swój swego warty' nie pomogło im w ułożeniu dłuższej relacji. Ale Astoria? Za nią tak na prawdę nigdy się nawet nie brał. Może dlatego bo była ona taka... niewinna. Była chyba ostatnią dziewczyną jaką znał, która by zasłużyła na łzy z jego powodu. Była dla wszystkich jak młodsza siostra. No bo... niby kto chciałby ją skrzywdzić?
-Dzięki, w wojsku nic do mnie nie dochodzi.
-Spoko.- odpowiedziała wymijająco. Dla niej cisza nie była czymś krępującym. Przed przyjaźnią z Leną, była stanowczo samotnikiem. Jednak po chwili przerwała milczenie, wyczuwajac że Diabeł lada chwila opuści pomieszczenie więc chciała szybko wykorzystać jego obecność.-  Wiesz Blaise... jak się kogoś kocha chce się jego szczęścia.
Widząc że Blaise do końca nie rozumie jej słowa, delikatnie się uśmiechnęła. Chyba po raz pierwszy z ironią. 
-Pa, Blaise.- dodała jeszcze, po czym zniknęła pokoju obok. 
~*~
Zabini zniesmaczony wszedł do mugolskiej kamienicy mieszkaniowej we wschodniej części Londynu. Wszedł po schodach na drugie piętro i zadzwonił dzwonkiem do mieszkania numer 5. Nie wierzył jak Tracey mogła mieszkać w mugolskiej dzielnicy.
Po paru chwilach drzwi otworzyła mu jego dziewczyna.  Miała na sobie szarą bluzkę z logo ulubionej kapeli oraz jeansy.  Widząc Zabiniego uniosła wysoko brwi. Był środek wakacji a on dopiero w tedy raczył ją odwiedzić?
-Cześć.- powiedział pochylając się nad nią i próbując ucałować w policzek. Ona go natychmiast odepchnęła. -Tęskniłem...- dodał.
-Za mną?- zapytała dla upewnienia- Teraz? 
-Byłem w wojsku, nie mogłem się z tobą skontaktować.- zaczął się tłumaczyć. Mówił tak do niej jeszcze długo, ale jakby do ściany. Dziewczyna nie odpowiadała, tylko patrzyła się na niego jak na obcego.- Chciałem, ale musiałem jeszcze...
-MOJA MAMA NIE ŻYJE!- zawołała nagle Tracey, wymachując energetycznie rękoma- Umarła, umarła, ona umarła! Nie mam nikogo! 
-Uspokój się...
-Czemu ona nie żyje? Czemu ja zostałam sama? Moja mama nie żyje...
-Wiem kim jest twój tata.- przerwał jej a Tracey po raz pierwszy zamilkła. Patrzyła na niego ze zdziwieniem. Chłopak chwycił ją za ramię i wszedł wraz z nią do mieszkania. 
Sam nie wiedział czego ma się spodziewać. Ale na pewno czegoś takiego. Mieszkanie miało w sumie trzy pomieszczenia. Jeden maleńki pokój z dość sporym łóżkiem, komódką i biurkiem. Drugie pomieszczenie było łazienką a trzecie salonem połączonym z kuchnią. Z masą mugolskiego sprzętu. Tak naprawdę jedynymi rzeczami była szafa w rogu salonu, która dziwnie się trzęsła oraz trzy poruszające się zdjęcia. Na jedynym była malutka Tracey, na drugim ona z mamą oraz fotografia pewnego młodzieńca. Na stolika przed sofą były również dwie różdżki. W pomieszczeniu było wiele pudeł. 
Zabini usiadł na sofie a koło niego Tracey. Dziewczyna patrzyła się na niego. Ciągle powtarzając jedno pytanie kim on jest?
Blaise nie wiedział jak miał jej wyznać prawdę. Znał ją już tak długo... już dawno temu Tracey powinna się dowiedzieć kim jest jej ojciec.  No ale... to nie było takie łatwe. To ją zmieni. Tracey już nigdy nie będzie taka jak kiedyś... ciężko mu było na sercu. A jeśli mu nie uwierzy? Przecież to było absurdalne. 
-Tom Riddle... on nim jest.
~*~
-Draco niech on przestanie tak krzyczeć...
-Zaraz przestanie... spokojnie, Dianka...
Krzyk z piwnicy torturowanego wytwórcy różdżek, doprowadzał już szesnastolatkę do białej gorączki. Dziewczyna wpadała w szał.
-Niech on przestanie...- błagała przez łzy.
~*~
Salon w domu państwa Weasley był pełny i nie dlatego że rodzice Fleur już zamieszkali Norę. W salonie byli najbardziej zaufani członkowie Zakonu Feniksa. 
Okazało się że Lyrze Parkinson jednak nie zależało aż tak na przyłączeniu się do ich grona, jak sądzili. Bardzo ich zdziwiła decyzja nastolatki.
-Może to nawet i lepiej.- odezwała się Tonks, jako pierwsza. Wszyscy na nią spojrzeli. Co ona mówiła? Przecież Lyra była im potrzebna- Tak sobie myślę... a może by zaciągnąć jakiegoś śmierciożerce do nas? Kogoś kto się waha? Ktoś kogo to męczy i nie daje korzyści?
-Kogo masz na myśli?- spytała Molly.
-A może by młodych Malfoyów?- zasugerowała Nimfadora.- I Draco i Diana... uważam że oboje są łatwi do zwerbowania...
-To zły pomysł.- przerwał jej Remus.
-Naprawdę myślisz że im to jest na rękę? Że są zadowoleni? Coś wątpię. Jeśli przekonamy Dracona że z nami są bezpieczni, natychmiast dołączy żeby chronić Dianę... jeśli zrozumie że może zapewnić jej bezpieczeństwo zrobi co tylko będziemy chcieli. Plus, Lyra w tedy do nas dołączy.
-Nie.- naciskał Remus. Nie uważał bliźniąt za osoby godne zaufania. To przez nich umarł Dumbledore. Skoro Snape okazał się być fałszywą gnidą... to tak naprawę nikomu nie można było ufać.
~*~
Diana siedziała sama na chodach które kierowały na piętro Malfoy Manor. Czekała na Severusa Snape'a. Miała dość  tego że nikt nie traktował ją poważnie. Nikt nie chciał powiedzieć co się dzieje na zewnątrz, jak jest w Ministerstwie Magii, co pisze Prorok Codzienny, czy ona i Draco zostali już wydaleni z Hogwartu, co u Dafne, Lyrt, Larsa, Notta, kogokolwiek.  
Nic.
W końcu usłyszała jak wielkie dębowe drzwi ich posiadłości się otwierają. Szybko  zbiegła na dół
~*~
-Ale ona wie co Lyra czuje, sama chciała się zabić i to w ten sam sposób.
-Ostatnio jak Pansy zachciało się tu ją zaprosić, to Blaise wstąpił do wojska
-Ale Zabiniego tu nie ma, kto by niby miałby się stąd, wynosić myśl co mówisz Carter.
-To ty nagle tu włazisz i się rządzisz!  Kto cię tu zapraszał!?
-Posłuchaj mnie, blondynko.- warknęła zdenerwowana już dziewczyna- W przeciwieństwie do twojej mamusi i tatusia, moi bardzo długo mieli mnie w dupie. Sama się wychowałam, wiec nie myśl sobie że pozwolę sobie żeby jakaś królewna z miasta tak się do mnie zwracała, rozumiesz?-  Kate Carter założyła ręce na piersi i prychnęła zarozumiale. Odwróciła się obrażona od Dafne i chciała odejść , jednak brunetka chwyciła ją za ramie i gwałtownie do siebie przyciągnęła tak, by Kate spojrzała jej w oczy- Rozumiesz?
-Puść mnie...
-Rozumiesz, czy nie?
-Rozumiem, puść bo boli.- Gdy Dafne ją puściła, Carter zmierzyła wściekłym wzrokiem. Niby były u niej, ale wiedziała że przyjaciele w razie sporu stanowczo poprą Dafne. -Czyli że chcesz tu zamieszkać?
-A co pokoju wolnego nie masz?
Uderzyła w najczulszy punkt każdej arystokratki. Majętność.
-Żebyś wiedziała że mam.  to kilka, możesz sobie wybrać. 
-No to świetnie. Ale posłuchaj mnie królewno. Nie myśl sobie że przyjechałam tu ze względu na ciebie, czy żeby spędzić czas z Pansy. Uwierz mi że to dla mnie praktycznie żadna przyjemność. Jestem tu tylko i wyłącznie ze względu na Lyrę. Bo ani ty, ani ja ani Pansy ani nikt w tym syfie nie wie co oznacza próba samobójcza albo strata rodzica.  A Diana miała i próbę samobójcza i straciła Adara, a obie wiemy że była dla niej matką. I TYLKO Diana dojdzie do niej rozumiesz mnie?
-Mhm.- odpowiedziała ze złością w głosie Carter. Znała Dafne ze szkoły i wiedziała już jak będzie wyglądało jej życie w tym mieszkaniu. Będzie wybrzydzała przy jedzeniu, głośno mówiła i nie będzie już takiej atmosfery... wiedziała że Dafne rozwali cały dom do góry nogami.
Gdy panna Greengrans sarkastycznie się uśmiechnęła i odeszła, Carter poczuła wzrastającą odwagę na odpyskowanie brunetce. Jednak nic nie powiedziała.
Dafne poszła prosto do pokoju Lyry, która tego samego ranka wróciła. Bez pukania weszła do pokoju przyjaciółki, która leżała na łóżku i patrzyła się tępo na ścianę. Wiedziała że to absolutnie jest nie jest moment na pogawędkę. Po prostu przy niej usiadła.
~*~
No siemka
Sorry że tak długo się nie odzywałam, ale chyba sama rozumiesz że to nie były dobre chwile na ploteczki przyjaciółek. 
Nie wiem czy zostałaś o tym poinformowana, ale ojciec Lyry zmarł a ona zrobiła to samo co ty w Wigilię. Chyba obie zdajemy sobie sprawę z tego że niezbyt nadaje się do pocieszania, a Ty wiesz przez co Lyra przechodzi, uważam że nikt tak jak Ty jej nie pomożesz. Wbij do domu Carter (nie jest z nią aż tak źle, nie martw się). Ona mieszka w Mayfair na Oxford Street 5, łatwo jest trafić otworzyłam już kominek dla Ciebie.
Ps. Draco już wie.
Dafne.
~*~
Diana stała na holu na piętrze  patrzyła się na dwóch postawnych czarodziei którzy wnosili dwie myślodsiewnie i dwie szafki z flakonikami.
-Gdzie dać tą, panienko?- zapytał jeden z mężczyzn patrząc na samotnie stojącą dziewczynę.
-Sama nie wiem…- przyznała się blondynka. Prawda była taka że obie były identyczne.- Niech pan da tą do mnie.- postanowiła w końcu. Mężczyzna wykonał jej prośbę a gdy Diana rzuciła krótkie ‘dziękuję’ szybko zamknęła drzwi. Chwyciła pierwszą lepszą fiolkę, chcąc zanurzyć się w wirze wspomnień.
Wylądowała w dobrze znanym jej miejscu. Dormitorium Dracona. Ktoś był za kotarą jego łóżka. Podeszła do łóżka, słysząc ciche jęki. Z każdą sekundą czuła się coraz bardziej niezręcznie. Niemal od razu wyczuła co się dzieje na posłaniu brata, nawet chciała od razu wrócić jednak zobaczyła bluzkę Lyry na podłodze. Gdy wsłuchała się, usłyszała głos Lyry.  Gdy tylko zauważyła że jedna z zasłon nie jest dociągnięta do końca. Podeszła i spojrzała przez szparę, do końca nie wiedząc czy chcę zobaczyć co się tam dzieje.
Na skraju łóżka siedział Draco całując po szyi Lyrę, która siedziała na nim okrakiem. Gdy Diana tylko zauważyła że Parkinson nie ma na sobie ubrań, natychmiast wyszła ze wspomnienia.
-Cholera.- powiedziała sama do siebie Diana patrząc się tępo w ścianę. W tej samej chwili Draco wszedł do pokoju siostry, trzymając w dłoni jakiś list.
-Jedziemy do domu Carter.
~*~
-Draco, to nie jest dobry pomysł.
-Przecież sama tyle gadałaś o tym, że chcesz ich zobaczyć- zirytował się siedemnastolatek. Nie dość że targał ze sobą bagaż zarówno swój i siostry, to jeszcze musiał jej wysłuchiwać. Oczywiście największy kawałek pokonali na miotłach, jednak gdy zobaczył że Diana traci równowagę, postanowił dwa ostatnie kilometry pokonać pieszo. Mimo próśb Diany to on nosił jej bagaż. Wiedział że tak będzie szybciej a nie mógł doczekać się chwili gdy zobaczy Lyrę.
-To tu?- zapytała patrząc na ładną kamienicę. Pokiwał głową, targając po schodach walizki. Wiedział że muszę się śpieszyć, aby nikt ich nie zobaczył. Ku zdziwieniu Dracona, drzwi otworzono niemal natychmiast w nich stała Dafne.-
-Właźcie szybko.-  powiedziała otwierając na oścież drzwi. Gdy bliźnięta już się rozglądały po holu, jak najszybciej zamknęła drzwi i utkwiła wzrok w wpatrzoną w nią Dianę.- Hej.
-Tęskniłam.- odparła blondynka drżącym głosem Diana. Dafne w przeciwieństwie do Diany wyglądała tak jak zawsze. Miała na sobie wysokie kremowe trampki, ciemno jeansowe, krótkie i podarte spodenki, granatową bokserkę oraz różową koszulę z krótkim rękawkiem, rozpinaną w fioletową kratę. Widać było że śpi dobrze, choć była dość blada, a jej brązowe włosy, sięgające łopatek były idealnie rozczesane. Diana nigdy nie pomyślałaby że panna Greengrass właśnie się ukrywa, z dala od cywilizowanego świata. Miała oczywiście w dłoni papierosa. Natomiast Diany nie szło poznać. Dafne myślała że jej przyjaciółka wyglądała źle już w Hogwarcie, ale wówczas było o wiele gorzej. We blond włosach miała kołtuny, oczy straciły wszelki wyraz, policzki opadła a wory pod oczami były o wiele bardziej widoczne na śmiertelnie bladej twarzy. Ale najbardziej zdziwiła ją ciemnozielona bluza z kapturem i długimi rękawkami. Dafne już wyczuwała co się kryje za rękawami.
Mimo przyjaźni która łączyła obie dziewczyny, wówczas była między nimi jakiś  nieprzyjemny mur, któr po paru sekundach przerwała Dafne.
-No chodź tu.- mruknęła, przytulając przyjaciółkę. Ku swoim zdziwieniu zobaczyła że Diana nie odwzajemniła tego gestu. Wręcz ją odepchnęła.-Dianka… no coś ty…
-Gdzie będę spała?- zapytała szybko dziewczyna, unikając jej wzroku.
-Schodami, drugi pokój na lewo.- odparła nadal zdziwiona Dafne.
-Dianka, idź zaraz przyniosę ci walizkę.- dodał szybko Draco, obejmując siostrę i delikatnie pchając siostrę w stronę schodów. Ta wspięła się na nich na piętro, a wówczas Draco szybko zwrócił się do Dafne.
-Torturował ją.- Dafne zrobiła jeszcze większe oczy- Uznał że ona wie co u Davis i kazał jej mówić… a ona nic nie wie.
-Czemu jej nie powiedziałeś?
-A myślisz że by mi uwierzyła? Że pół sierota jest córką Czarnego Pana? Poza tym… sama mówiłaś że dość się nacierpiała przez Tracey.
-Co on jej robił?- dopytywała się Dafne.
-Cruciatus… groził jej, coś mówiła o wężu… od jakiegoś miesiąca już taka jest.- odpowiadał bez większych emocji Draco.- Musimy się nią zająć… ja nie chcę żeby ona taka była…
~*~
-Idź stąd.- przerwała monolog Diany, Lyra. Blondynka spojrzała na nią ze zdziwieniem.
-Proszę?
-Wynoś się z mojego pokoju.- warknęła Parkinson, czując że złość która w niej tkwiła od śmierci ojca, musi wreszcie się ulotnić. Już czuła że wyżyje się na Dianie.- Nic nie wiesz o życiu.  Nic o lojalności, o ryzyku, NIC! Nigdy nie musiałaś nadstawiać karku, zawsze dostawałaś to co chciałaś, jesteś nietolerancyjną, rozpieszczoną księżniczką! Nic nie szanujesz, na nic nie musiałaś pracować! Nie szanujesz ludzi! Nigdy nie kogo nie straciłaś! Nigdy nic cię tak nie zraniło…
-A Adara?- weszła w jej słowo zdenerwowana już Diana.- Zabił ją! Zabił jedyną bliską mi osobę! Jedyną która zawsze była przy mnie! Przy tobie też, a nawet na pogrzeb nie przyszłaś! I ty mi będziesz mówiła o lojalności?  Poradziłabyś sobie bez Dary? Nie! Co ja ci zrobiłam, że o całe zło obwiniasz mnie?! Cokolwiek złego się nie stanie, wypominasz mi wszystkie błędy w każdym moim zachowaniu widzisz złą stronę!
-Bo ciągle popełniasz te same błędy! Te same, na niczym się nie uczysz! Nadal jesteś tak samo słaba i naiwna! Czemu się tniesz? Myślisz że tego nie widać? Jest tak ciepło a ty wszędzie biegasz w długim rękawku. Przecież tego chciałaś, być jedna z nich wiec czemu tak się nad sobą użalasz nad sobą?!
-Bo nie wiedziałam że mój brat będzie na tym cierpiał! Nie wiedziałam że to tak trudne!
-Bo myślisz tylko o sobie!
Zabolało.
-JA MYŚLE TYLKO O SOBIE!?- wydarła się na cały głos Diana, cała czerwona- JA?! I co może z własnej arogancji poszłam Z NIM do łóżka?!
-To była twoja decyzja! Nie musiałaś tego robić!
-Musiałam! Myślisz że to było dla mnie przyjemne?! Myślisz że zrobiłam to dla przyjemności? Gdyby nie to, mój brat  nie żyłby już od świąt! Zrobiłam do la niego! Kochałam się z Czarnym Panem tylko dlatego bo wszystko zrobię dla brata!
Lyra wściekłym wzrokiem zmierzyła Dianę.
-Sprzedałaś się w wieku piętnastu lat,  nie wmówisz mi że współżycie tak cię zabolało.
-Ale z miłości! A nie z przymusu! A poza tym, skoro tak mówisz o lojalności i szczerości , to może przyznasz mi się co robiłaś z moim bratem w jego dormitorium, kilka miesięcy temu? Ja ci się przyznałam po mojej nocy z Blaisem. Bo tak rozumiem szczerość w przyjaźni.
-Skąd ty to wiesz?- zapytała po chwili Lyra- POWIEDZIAŁ CI?
-Nic mi nie powiedział.- odparła, równie zła Diana- Przywieźli nam myślodsiewnie z Hogwartu. Pomyliłam jego szafkę z moją. Czemu mi się nie przyznałaś?
-Co cię to obchodzi? Przecież ty masz Gerda.
-TAK! NAJLEPIEJ!- wrzasnęła ponownie Malfoyówna- Wypominajcie mi że się zakochałam, akurat w tedy gdy Blaise sobie o mnie przypomniał!
-Nie! To ty powinnaś uszanować to że on cię kocha!
-Kocha Davis!
-Kocha ciebie idiotko! A ty zamiast…
- Czemu nikt nie latał za nim gdy wybrał Tracey, czemu nikt nie mówił o moich uczuciach?! Czemu w tedy każdy miał to w nosie? A gdy Blaise się odezwał to nagle ja jestem tą złą! Jestem z Gerdem bo kocham, jestem z Gerdem bo…
-Bo ojciec ci kazał znaleźć męża.  Tylko dlatego z nim jesteś.
-Jestem bo do siebie pasujemy!
-Taa? Spójrz na to.- pokazała jej, zdjęcie narzeczonych- Widzisz? Wy do siebie nie pasujecie! Jeszcze to jego nein, ja jejku, no! Albo Ich lebie du, nawet to brzmi jak rozkaz rozstrzelania! Dalej czekałabyś na Blaise gdyby nie to że musiałaś sobie kogoś znaleźć…
-Ale jestem, z nim, musicie to zrozumieć!
-Jakbyś chciała , to byś walczyła o swoje uczucia!
-Żeby mnie wydziedziczyli? Gdzie ja w tedy znajdę prace? Będę skończona. Kocham Gerda i z nim będę.
-Jesteś głupia…
-Walczę o siebie! Ty też powinnaś!
-O nie, ja walczę o przyjaciół! Poświęcam się dla nich!
-Tak samo jak ja za mojego brata! Przeżyłam dokładnie to samo co ty!
-Nie kłam, Diana.- wyśmiała ją Lyra.
- Też musiałam poświecić się dla bliskiej osoby, też chciałam się zabić, też mi było ciężko, różnica między nami jest taka że ty masz wybór! Ja nie.
-To o niego zawalcz, idiotko! Tak jak ja! Blaise wyniósł się stad wyniósł jak tylko usłyszał że ty i Gerd możecie się tu pojawić…
-Tak wiem. Odwiedził mnie i zwyzywał. – postanowiła ją poinformować. Atmosfera była okropna. Dziewczyny po raz pierwszy się aż tak pokłóciły.
-Po prostu był szczery.-uznała brunetka.
-Nazwał mnie dziwką i ociekają fałszem szmatą. I wiesz co? Mam dość.
-Ja też!
-Przestań mi przerywać!Zaryzykowałam, zmieniłam datę ślubu tylko dlatego żeby móc ci pomóc. A ty wychodzisz do mnie z ryjem. A skoro już tak sobie wypominamy wszystko, to powiedz mi czemu podczas całej szóstej klasy ani razu nie zapytałaś się jak na misji? I ani razu nie chciałaś ze mną porozmawiać na temat cięć? I wiesz co? Jakbym mogła, to jeszcze raz powtórzyłabym Boże Narodzenie, jakbym tylko mogła polepszyć sytuację z Draconem.
-Cholera, ludzie chcą spać.- do pokoju weszła Dafne w swojej piżamie i szarym, śliskim szlafroczku. Spojrzała na kłócące się przyjaciółki- Miałyście pogadać.
-Nie potrzebuje litości.- odparła wściekła Lyra- Na jaką cholerę ja na mnie nasłałaś?
-Sama chciałam ci pomóc.- zwróciła się do niej oburzona Diana.
-A mogę wiedzieć po co?
-Żebyś się w sobie tak nie zamknęła, jak ja po mojej próbie samobójczej!
-Uspokójcie się, bo ludzi pobudzicie.- syknęła Dafne. Ściągnięcie Diany było jej pomysłem i chciała by to wypaliło i aby nikt a szczególnie Carter nie kwestionowała jej pomysłu- Czemu na nią naskoczyłaś?
Dziwnie czuła się wypowiadając te słowa. Zazwyczaj to ona się z kimś kłóciła a to Diana lub Lyra zadawały tego typu pytania. Role się odwróciły, niestety na niekorzyść Dafne, która znacznie wolała kłócić się niż godzić się z kimś, a co dopiero innych.
-Bo to moje życie i moje problemy.- odparła Lyra zakładając ręce na piersi. Nie chciała by nikt się nad nią litował.
-Uznałaś że nigdy nic nie przeżyłam i Blaise miał racje wyzywając mnie od szmat!- dodała natychmiast Diana.
-Serio tak cię nazwał?- zdziwiła się Dafne, odbiegając od tematu. Nie mogła uwierzyć że chłopak który ponoć ją kiedyś kochał, wówczas tak bardzo obraził. Dafne, specjalnie nie ruszało jak słyszała takie epitety w swoim kierunku jednak wiedziała ze Dianę to na pewno zabolało.- Nie przyznał mi się… Ale nie martw się, kiedyś bardziej cię obrażano.
-Taak? A jak?
-Jego dziewczyną. Idź zażyj leki.- powiedziała Greengrass przytulając Dianę i pokazując jej brodą drzwi. Gdy blondynka wyszła, od razu zwróciła się, do Lyry- Mi tez masz coś cennego do powiedzenia?
-Teraz będziesz po jej stronie?
-Po niczyjej nie jestem, ale jakim prawem wypomniałaś jej Blaise i Gerda? Mały cyrk zrobiłaś gdy się dowiedziałaś?
-Ale o co ci tak właściwie chodzi? Wygarnęłam jej prawdę tak jak ty jej, mi i wszystkim innym!
-Ale nigdy nie wypomniałam Josha! Obstawiam że ona tobie też nie. Sorry Lyra, nie mówię że ja jestem święta albo Diana, bo obie zrobiłyśmy w cholerę złego ale nie wypominamy ci twoich zawodów miłosnych, bo tego się nie robi w przyjaźni!
-Czy ja wam  zabraniam wypominać mi błędów?

-I wypominamy.- powiedziała ciężko Dafne- Chodź spać, póki jest ciemno.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Rozdział 3

Ten post, może być dla was dość... kontrowersyjny. Po pierwsze, z góry uprzedzam że znaczna część rozdziału, jest niemal żywcem wzięta z oryginału J.K Rowling, a po drugie wprowadziłam tu cytaty z polskiego rapu, konkretnie z kawałka Kraszy 'o niej o nim 2'! Dodatkowo: uzupełniłam pod stronę o tytule 'zwiastun i szablon'.
~*~
Rozmawiamy ze sobą coraz mniej bardziej chciwi

Jakby ktoś pomiędzy nami porozstawiał szyby

Diana siedziała koło swojego brata oraz nieznanego jej z nazwiska śmierciożercy w salonie w Malfoy Manor. W miejscu na którym zazwyczaj siadał Lucjusz Malfoy, tym razem zasiadał Czarny Pan.
Salon był pełen ludzi, siedzących w milczeniu przy długim, ozdobnym stole. Resztę
mebli odsunięto w nieładzie pod ściany. Jedynym źródłem światła był ogień buzujący w
marmurowym kominku, nad którym wisiało ciężkie zwierciadło w pozłacanej ramie. Snape i
Yaxley zatrzymali się w progu, oswajając się z panującym tu mrokiem, i dopiero po chwili
ujrzeli najbardziej zdumiewający fragment roztaczającej się przed nimi sceny: nieruchomą
postać unoszącą się głową w dół nad stołem i obracającą się powoli, jakby wisiała na
niewidzialnej linie. Jej zarys odbijał się w zwierciadle i w wypolerowanym blacie stołu. Nikt
nie zwracał na nią uwagi, tylko blady młodzieniec, siedzący pod nią, najwyraźniej nie mógł
się powstrzymać, by co chwila nie zerknąć na nią ukradkiem. Natomiast jego bliźniacza siostra wpatrywała się w postać jak zahipnotyzowana. Snape dostrzegł jak Draco chwyta siostrę za dłoń, a ta przenosi wzrok na niego, wypełniając jego niemą prośbę. Aby już nie patrzyła na tego wiszącego trupa.
- Yaxley, Snape - rozległ się donośny, wysoki głos od szczytu stołu. - Prawie się
spóźniliście.
Ten, który wypowiedział te słowa, siedział na tle marmurowego kominka, więc z
początku nowo przybyli widzieli tylko ciemną sylwetkę. Dopiero kiedy podeszli bliżej,
zajaśniała w mroku jego bezwłosa twarz, przywodząca na myśl głowę węża, z wąskimi
szparami zamiast nozdrzy i jarzącymi się czerwienią oczami o pionowych źrenicach. Była tak
blada, że wydawała się jaśnieć perłową poświatą.
- Tutaj, Severusie - rzekł Voldemort, wskazując krzesło po swojej lewej stronie. - Yaxley,
ty obok Dołohowa.
Zajęli wskazane miejsca. Yaxley mijając krzesło na którym siedziała Diana, zamruczał. Na tyle cicho by usłyszała to jedynie dziewczyna. Panna Malfoy spojrzała ukradkiem na Yaxleya, który ku  jej zniesmaczeniu, pożerał wzrokiem jej uda. Usiadł dwa krzesła dalej od Diany a Snape patrzył z niesmakiem na zachowanie jego znajomego. Spojrzał z nutką troski w wzroku na blade i zmęczone rodzeństwo. Czuł się niekomfortowo ponieważ wyczuł na sobie spojrzenia większości zgromadzonych i to
do niego zwrócił się najpierw Voldemort.
- No więc?
- Panie, Zakon Feniksa zamierza przenieść Harry'ego Pottera z jego obecnej kryjówki. W
przyszłą sobotę, gdy zapadnie noc.
Jego słowa wzbudziły w obecnych wyczuwalną emocję; jedni znieruchomieli, inni
poruszyli się niespokojnie. Wszyscy wpatrywali się w Snape’a i Voldemorta.
Rodzeństwo spojrzało ukradkiem ku sobie. A wiec o to chodziło? O przenoszenie Pottera z jednej kryjówki do drugiej? Ale... po co...
Chcą go w tedy zabić pomyślała z delikatnym strachem Diana.
- W sobotę... gdy zapadnie noc - powtórzył Voldemort.
Czerwone oczy wpatrywały się w czarne oczy Snape'a z taką intensywnością, że
niektórzy odwrócili głowy w bok, jakby się bali, że spopieli ich żar tego spojrzenia. Snape nie
opuścił jednak głowy, patrzył spokojnie w twarz Voldemorta, a ten po dłuższej chwili
wykrzywił wargi w grymasie, który miał być chyba uśmiechem.- Dobrze. Bardzo dobrze. A ta informacja pochodzi...
- Ze źródła, o którym rozmawialiśmy - odrzekł Snape.
- Panie!
To Yaxley wychylił się spoza stołu, wpatrzony w Voldemorta i Snape’a. Wszystkie oczy
zwróciły się ku niemu.
- Panie, ja słyszałem coś innego. - Urwał, ale Voldemort milczał, więc po chwili ciągnął
dalej: - Auror Dawlish zdradził mi, że Pottera przeniosą dopiero trzydziestego, w noc
poprzedzającą jego siedemnaste urodziny.
Snape uśmiechnął się.
- Według mojego źródła zamierzają nam podsunąć fałszywy trop. To pewnie właśnie ta
informacja. Sądzę, że na Dawlisha rzucono zaklęcie Confundus. I to nie po raz pierwszy.
Wiadomo, że mu nie ufają.
- Zapewniam cię, panie, że Dawlish był tego absolutnie pewny - powiedział Yaxley.
- Jak każdy pod działaniem Confundusa - wyrwało się Dianie. Przecież to było oczywiste... Każdy na nią spojrzał z zaskoczeniem. Wydawała się być wystraszona, milczała zawsze przy spotkaniach w kręgu.  Skąd ta nagła odwaga?
Dziewczyna w chwili gdy zorientowała się, że wypowiedziała swoją myśl na głos, delikatnie zarumieniła się i spuściła wzrok. Draco jeszcze mocniej chwycił jej dłoń, dodając siostrze tym  tyle otuchy, ile tylko był w stanie. Lucjusz i Narcyza, spojrzeli na córkę wielkimi oczami, obaj wypowiadając nieme dwa słowa: Diano, milcz.
-Dokładnie.- przytaknął jej Voldemort. Panna Malfoy spojrzała na swojego Pana. O się do niej... uśmiechnął. Przecież parę dni wcześniej torturował ją jak psa!
 - I zapewniam ciebie, Yaxley, -wtrącił się Snape, chcąc jak najszybciej odwrócić uwagę zgromadzonych od małej blondynki- że Biuro Aurorów zostało już wyłączone z opieki nad HarrymPotterem. Zakon podejrzewa, że infiltrujemy ministerstwo.
- A więc Zakonowi w końcu udało się coś wyniuchać, tak? - odezwał się krępy
mężczyzna siedzący niedaleko Yaxleya, po czym parsknął zjadliwym chichotem, któremu
zawtórowano wzdłuż stołu.
Voldemort nie roześmiał się. Spojrzał w górę, na powoli obracające się nad stołem ciało.
Milczał, jakby pogrążony we własnych myślach. Draco wykorzystał nieuwagę Czarnego Pana, schylając głowę ku siostrze i szepcząc jak najciszej.
-Nic nie mów, póki cię nie pyta.
- Panie - ciągnął niezrażony tym wszystkim Yaxley, który podobnie jak reszta stołu, nie usłyszał słów Dracona - Dawlish twierdzi, że wprzeniesieniu chłopca wezmą udział wszyscy aurorzy...
Voldemort uniósł wielką, białą rękę i Yaxley natychmiast zamilkł, patrząc z zawiścią, jak
Czarny Pan zwraca się znowu do Snape’a.
- Dokąd zamierzają przenieść chłopaka?
- Do domu jednego z członków Zakonu - odrzekł Snape. - Według mojego źródła ten
dom będzie miał zapewnioną wszelką ochronę, na jaką stać Zakon i ministerstwo. Uważam,
że kiedy chłopak już tam się znajdzie, trudno go będzie stamtąd porwać, chyba że uda się nam
opanować ministerstwo przed przyszłą sobotą i wykryć dość zabezpieczających dom zaklęć,
by przełamać resztę.
- Co ty na to, Yaxley? - zawołał od szczytu stołu Voldemort, a w jego czerwonych oczach
rozbłysł żar. - Uda nam się opanować ministerstwo przed przyszłą sobotą?
Wszystkie oczy ponownie zwróciły się ku Yaxleyowi, który wyprostował ramiona.- Panie mój, mam dobrą wiadomość w tym względzie. Udało mi się... z trudem i
olbrzymim wysiłkiem... rzucić zaklęcie Imperius na Piusa Thicknesse’a.
Diana uniosła zawstydzony wzrok na blondyna. Te słowa wywarły duże wrażenie na siedzących w pobliżu, a jego sąsiad, Dołohow,
mężczyzna o podłużnej, wykrzywionej posępnym grymasem twarzy, poklepał go z uznaniem
po plecach.
- Tak, to dobra wiadomość - powiedział Voldemort - ale jeden Thicknesse to za mało.
Zanim zacznę działać, Scrimgeoura muszą otoczyć nasi ludzie. Wystarczy jeden nieudany
zamach na życie ministra, a będę musiał zaczynać wszystko od początku.
- To prawda... ale przecież wiesz, panie, że Thicknesse, jako szef Departamentu
Przestrzegania Prawa Czarodziejów, ma regularne kontakty nie tylko z samym ministrem, ale
i z szefami pozostałych departamentów. Sądzę więc, że będzie całkiem łatwo, skoro już
mamy kontrolę nad tak wysoko postawionym urzędnikiem, podporządkować sobie innych,
tak by wszyscy działali na rzecz obalenia Scrimgeoura.
-Pod warunkiem, że nie zdemaskują Thicknesse’a, zanim przeciągnie resztę na naszą
stronę - wycedził Voldemort. - W każdym razie wydaje się mało prawdopodobne, bym przejął
ministerstwo przed przyszłą sobotą. Skoro nie możemy dosięgnąć chłopaka w jego nowej
kryjówce, musimy to zrobić, gdy będzie tam przenoszony.
A więc domysły Diany były słuszne W ten sposób chcieli uśmiercić Pottera.
- I są na to duże szanse, panie mój - powiedział Yaxley, najwidoczniej łaknący pochwały.
- Mamy już swoich ludzi w Departamencie Transportu. Jeśli Potter będzie się teleportował
albo użyje Sieci Fiuu, natychmiast się o tym dowiemy.
- Tego na pewno nie zrobi - odezwał się Snape. - Zakon wyklucza wszelką formę
transportu, która jest zarządzana lub kontrolowana przez ministerstwo. W ministerstwie nie
ufa nikomu.
- Tym lepiej - powiedział Voldemort. - Będzie musiał przedostać się do nowej kryjówki
bez użycia czarów. Łatwiej będzie go dopaść. - Znowu spojrzał na powoli obracające się w
powietrzu ciało. - I zrobię to osobiście. Za dużo już było pomyłek. Niektóre sam popełniłem.
To, że Potter wciąż żyje, jest w znacznie większej mierze skutkiem moich błędów niż jego
zwycięstw.
Zgromadzeni przy stole śmierciożercy wpatrywali się w Voldemorta z lękiem, jakby w
obawie, że każdy z nich może zostać obwiniony o to, że Harry Potter nadal żyje. Voldemort
zdawał się jednak zwracać bardziej do siebie niż do któregokolwiek z nich, wciąż wpatrując
się w wiszące nad nim ciało.
- Byłem nieostrożny, działałem pochopnie, za bardzo polegałem na szczęśliwych
przypadkach, a taka beztroska zwykle niweczy wszystkie plany, jeśli nie są przemyślane do końca. Ale teraz wiem już więcej. Zrozumiałem wiele spraw, których przedtem nie
pojmowałem. To ja muszę zabić Harry’ego Pottera. Ja sam. I uczynię to.
Jakby w odpowiedzi na te słowa rozległ się straszliwy, przeciągły jęk pełen rozpaczy i
bólu. Wielu z siedzących przy stole spojrzało ze strachem w dół, bo ów jęk zdawał się
dobywać spod ich stóp.
- Glizdogonie - rzekł Voldemort tym samym co uprzednio spokojnym, zadumanym
tonem, nie odwracając wzroku od obracającego się nad nim ciała - czy nie kazałem ci
dopilnować, żeby nasz więzień siedział cicho?
- Tak, p-panie - wyjąkał mizerny człeczyna, który skulił się na krześle tak, że prawie nie
było go widać zza stołu. Zsunął się z krzesła i wybiegł z pokoju, pozostawiając po sobie
smugę dziwnej srebrnej poświaty.
- A więc, jak powiedziałem - ciągnął Voldemort, spoglądając teraz na pełne napięcia
twarze swoich zwolenników - wiem już więcej. Na przykład to, że zanim uśmiercę Pottera,
będę musiał pożyczyć od któregoś z was różdżkę.
Otaczające go twarze zastygły w przerażeniu, jakby ich pan zażądał, by któryś z nich
oddał mu jedno ze swoich ramion.
Tylko nie moja... nie moja. myślała gorączkowo Diana, uświadamiając sobie że Czarny Pan, przechodzi blisko jej krzesła.
- Co, nie ma ochotników? - zadrwił Voldemort. - No cóż... Lucjuszu, tobie różdżka nie
będzie już potrzebna.
Lucjusz Malfoy drgnął. W blasku ognia twarz miał pożółkłą i woskowatą, z oczami
zapadniętymi w ciemne oczodoły.
Zarówno Diana jak i Draco, spojrzeli na ojca, nie wiedząc co mają robić. Na szczęście, oboje postanowili milczeć. Jednak oboje krzyczeli w myślach, nie zgadzając się na oddanie różdżki ojca. Przecież ona była w rodzie od wieków! Draco miał ja dostać w dniu swojego ślubu!
- Tak, panie? - zapytał ochrypłym głosem.
- Różdżka, Lucjuszu. Potrzebna mi twoja różdżka.
- Ja...
Malfoy zerknął na swoją żonę. Patrzyła przed siebie, równie blada jak on, ale wyczuł pod
stołem krótki uścisk jej szczupłych palców na swoim przegubie. Sięgnął za pazuchę,
wyciągnął różdżkę i podał ją Voldemortowi, który przyjrzał się jej z bliska.
- Co to jest?
- Wiąz, mój panie - wyszeptał Malfoy.
- A rdzeń?
- Smok... włókno smoczego serca.
- Świetnie - rzekł Voldemort, po czym wyjął swoją różdżkę i porównał długości.
Lucjusz Malfoy zrobił mimowolnie taki ruch, jakby oczekiwał, że Voldemort odda mu w
zamian swoją różdżkę. Nie uszło to uwadze Voldemorta, którego oczy rozszerzyły się
złowieszczo.- Mam ci dać swoją różdżkę, Lucjuszu? Moją różdżkę?
 Niektórzy parsknęli stłumionym śmiechem. Jednak dla Malfoyów ta sytuacja nie była, ani trochę zabawna.
- Podarowałem ci wolność, Lucjuszu, i jeszcze ci mało? Ale zauważyłem, że ostatnio
ciebie i twoją rodzinę coś gnębi... Cóż to takiego? Może moja obecność w twoim domu?
- Ależ skąd... nie... panie mój, przenigdy...
- Och, Lucjuszu, po co te kłamssstwa...
Jego głos zdawał się nadal syczeć w powietrzu, choć ohydne wargi przestały już się
poruszać. Ten i ów spośród śmierciożerców ledwo powstrzymał się od wzdrygnięcia, bo ów
syk narastał, a spod stołu dał się słyszeć stłumiony chrzęst, jakby coś ciężkiego sunęło po
podłodze. Dianie zebrało się na wymioty, słysząc jego ton.
Olbrzymi wąż grubości ludzkiego uda wynurzył się spod stołu i powoli wspinał na
krzesło Voldemorta, by w końcu spocząć na jego ramionach. Jego oczy, z pionowymi
szparkami zamiast źrenic, były nieruchome. Voldemort pogładził go długimi, szczupłymi
palcami, wciąż wpatrując się w Lucjusza Malfoya.
- Cóż takiego gnębi Malfoyów, pytam? Czym ich pokarał los? - (raczej za co, nas aż tak pokarał pomyślał Draco)- Czyż od wielu lat nie zarzekali się, że wyczekują mojego powrotu, mojego dojścia do władzy?
- Tak, mój panie, tak, tak - wybełkotał Lucjusz Malfoy, ocierając drżącą ręką pot
spływający na górną wargę. - Pragnęliśmy tego... pragniemy.
Siedząca po jego lewej stronie żona skinęła sztywno głową, nie patrząc na Voldemorta i
węża. Po prawej stronie jego syn Draco, który dotąd wpatrywał się w wiszące nad nim ciało,
zerknął na Voldemorta i szybko odwrócił wzrok, unikając z nim kontaktu. Diana natomiast z niedowierzaniem patrzyła na różdżkę ojca, którą Voldemort trzymał w dłoni.
- Panie mój - odezwała się siedząca nieco dalej ciemnowłosa kobieta głosem
nabrzmiałym emocją - to wielki zaszczyt gościć cię tutaj, w naszym rodzinnym domu. To
wielkie szczęście, większe nie mogło nas spotkać.
Siedziała obok swojej siostry, niepodobna do niej w niczym: Narcyza jasnowłosa,
sztywno wyprostowana i beznamiętna, Bellatriks ciemnowłosa, z oczami do połowy
przysłoniętymi ciężkimi powiekami, wychylona ku Voldemortowi, bo same słowa nie mogły
wyrazić jej tęsknoty za bliskością Czarnego Pana.
- Wielkie szczęście - powtórzył Voldemort, przechylając lekko głowę i przyglądając się
jej uważnie. - To wiele znaczy w twoich ustach, Bellatriks.
Zarumieniła się, a w jej oczach rozbłysły łzy szczęścia.
- Pan mój wie przecież, że mówię szczerą prawdę!
- Wielkie szczęście... nawet w porównaniu z tym, co wydarzyło się w waszej rodzinie w
tym tygodniu?
Przez chwilę patrzyła na niego zdumiona, z rozchylonymi ustami. Zresztą nie tylko ona, bo cała jej rodzina, była zdziwiona słowami swojego pana.
- Nie wiem, o czym mówisz, panie...
- Mówię o twojej siostrzenicy. I waszej, Lucjuszu i Narcyzo. Właśnie poślubiła
wilkołaka, Remusa Lupina. Musicie być bardzo dumni.
Wokół stołu wybuchły szydercze śmiechy. Diana poczuła jak wstyd ogarnia jej ciało i umysł. Wielu wychylało wykrzywione uciechą twarze, by wymienić znaczące spojrzenia, niektórzy uderzali pięściami w stół. Wielki wąż,wyraźnie zniesmaczony wrzawą, otworzył paszczę i zasyczał gniewnie, ale śmierciożercy niezwracali na niego uwagi, radując się z hańby Bellatriks i Malfoyów. Twarz Bellatriks, takjeszcze niedawno zarumieniona ze szczęścia, powlekła się purpurowymi plamami oburzenia.
- Panie, ona nie jest naszą siostrzenicą! - zawołała, przekrzykując wrzawę. - Dla nas... dla
Narcyzy i dla mnie... siostra przestała istnieć, odkąd poślubiła tego szlamę. Nie mamy nic
wspólnego ani z tym bękartem, jej córką, ani z żadnym zwierzakiem, którego poślubiła.
- A co ty powiesz, Draco? - zapytał Voldemort, a choć nie podniósł głosu, słychać go było
wyraźnie mimo gwizdów i szyderczych śmiechów, które wypełniły pokój. - Będziesz się
opiekował szczeniętami? Czy siostra cię ponownie wyręczy?
Zgromadzonych opanowała jeszcze większa wesołość. Przerażony Draco Malfoy spojrzał
na ojca, ale ten opuścił oczy, więc przeniósł wzrok na matkę, która nieznacznie potrząsnęła
głową, po czym znowu wlepiła martwe spojrzenie w przeciwległą ścianę. Chłopak nie mógł uwierzyć w brak reakcji rodziców. Na samym końcu spojrzał na siostrę, której wzrok był wlepiony w jej kolana. Stykneli się łokciami, chcąc być jak najbliżej ku sobie.
- Dość już - powiedział Voldemort, gładząc rozzłoszczonego węża. - Dość.
Śmiechy natychmiast ucichły.
- Niewiele naszych najstarszych rodów uniknęło tej zarazy - powiedział, podczas gdy
Bellatriks wciąż wpatrywała się w niego błagalnym wzrokiem, wstrzymując oddech. - Trzeba
przycinać gałęzie, by drzewo było zdrowe. Odcinać te, które mogą zarazić resztę.
- Tak, mój panie - wyszeptała Bellatriks, a jej oczy znowu nabrzmiały łzami
wdzięczności. - Gdy tylko nadarzy się sposobność!
- Wkrótce się nadarzy. A dotyczy to nie tylko waszej rodziny, ale i całego świata...
Wytniemy raka, który nas wyniszcza. Pozostaną tylko ci, w których płynie czysta krew
czarodziejów. Poza tym pragnę pogratulować Dianie, przyszłego ożenku.- dodał spoglądając na młodą Malfoyówną- Spójrz na mnie.- miał stanowczy ton, któremu dziewczyna uległa. Spojrzała w jego przerażające oczy- To wielkie szczęście, że wasz ród rozpowszechni się także w innych krajach. Twój narzeczony, na pewno okaże się niezwykle przydatny.
Te słowa tak zadziwiły Dianę, że ta zapomniała o strachu przed Czarnym Panem. O co chodziło? Co miał do tego wszystkiego Gerd? Opamiętała się w chwili gdy brat delikatnie szarpnął jej dłoń i ponownie utkwiła wzrok w swoich kolanach.
Voldemort uniósł różdżkę Lucjusza Malfoya, wycelował w powoli obracające się nad
stołem ciało i machnął nią krótko. Galo ożyło z jękiem i zaczęło się miotać, próbując się
uwolnić z niewidzialnych więzów.
- Rozpoznajesz naszego gościa, Severusie?Snape spojrzał na wiszącą głową w dół kobietę. Teraz patrzyli na nią wszyscy
śmierciożercy, jakby im nagle pozwolono okazać zaciekawienie. Gdy jej twarz obróciła się w
stronę bijącego z kominka blasku, zawołała ochrypłym głosem:
- Severusie! Pomóż mi!
- Och, tak - odrzekł Snape, gdy ciało znów się do niego odwróciło.
- A wy? - zapytał Voldemort bliźnięta, głaszcząc wolną ręką pysk węża.
Draco potrząsnął gwałtownie głową. Teraz, gdy kobieta odzyskała zmysły, nie był już w
stanie na nią spojrzeć. Diana ku zadowoleniu brata, nawet nie uniosła wzroku. Bała sie postaci, wiszącej nad jej głową.
- No, ale ty nie uczęszczałeś na jej lekcje - rzekł Voldemort. - Ci, którzy jej nie znają,
niech się dowiedzą, że gościmy dzisiaj Charity Burbage, która do niedawna uczyła w Szkole
Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Rozległy się ciche pomruki. Jakaś tęga, przysadzista kobieta z ostrymi zębami
zachichotała szyderczo.
- Taak... - wycedził Voldemort. - Profesor Burbage uczyła dzieci czarodziejów i
czarownic o mugolach... Mówiła im, że niewiele się od nas różnią...
Jeden ze śmierciożerców splunął na podłogę. Charity Burbage obróciła się ponownie
twarzą do Snape’a.
- Severusie... błagam... błagam...
- Milcz - powiedział Voldemort i jeszcze raz machnął krótko różdżką, a Charity ucichła,
jakby jej nagle zakneblowano usta, a Diana słysząc jej stęki, ponownie poczuła rosnące w niej mdłości. Niech to się już skoczy... - Nie poprzestając na zatruwaniu umysłów naszych dzieci,
profesor Burbage w zeszłym tygodniu opublikowała w „Proroku Codziennym" namiętną
apologię szlam. Zaakceptujmy szlamy, nawołuje pani profesor. Tak, mamy spojrzeć łaskawym
okiem na tych złodziei naszej wiedzy i magii! Malejąca liczba czarodziejów czystej krwi to,
według niej, niezmiernie sprzyjająca okoliczność... niech wszyscy pomieszają się z
mugolami... tak, albo z wilkołakami...
Tym razem nikt się nie roześmiał; w głosie Voldemorta zbyt wyraźnie zabrzmiała
wściekłość i odraza. Charity Burbage po raz trzeci obróciła się twarzą do Snape’a, łzy
spływały jej z oczu we włosy. Snape przyglądał się beznamiętnie, jak znowu powoli odwraca
się od niego.
- Avada Kedavra.
Zielone światło.
Snape.
Draco.
Diana.
Dumbledore...
Wieża astronomiczna.
Pisk Diany.
Strach.
Wspomnienia wróciły.
Błysk zielonego światła rozświetlił najciemniejsze kąty pokoju. Charity runęła z głuchym
łoskotem na stół, który zadrżał i zatrzeszczał. Wielu śmierciożerców odchyliło się gwałtownie
do tyłu. Diana poczuła że już nie wytrzyma i straciła przytomność, równocześnie wymiotując a Draco spadł z krzesła, razem z kurczowo trzymającą go siostrą.- Nagini, obiad - powiedział cicho Voldemort, a wielki wąż zakołysał się i ześliznął z jego ramion na wypolerowany blat stołu.

~*~
-Nic nie mów następnym razem.- powiedział Draco, obejmując mocno siostrę w swojej sypialni. Już było po wszystkim.
-Obiecuje.- odparła cicho. Oboje tak siedzieli w ciszy kilka minut. Draco ciągle ruszał nogą i ciężko oddychał... jak zawsze gdy miał jakiś problem. Po pewnym, czasie cierpliwość Diany się zakończyła - Co cie gryzie?
Natychmiast dostała odpowiedź.
-On powiedział siostra cię ponownie wyręczy- zacytował słowa Voldemorta- Jak myślisz? O co mu chodziło?
-Ja... ja nie wiem Draco.- odparła zgodnie z prawdą Diana.
-Przecież sam wykonałem zadanie. To znaczy, ty mi nie pomagałaś w nim...
-No wiem... może myślał o tym że to ja wymyśliłam żeby wyczarować Mroczny Znak. Snape mu chyba o tym powiedział.
-Nie jestem pewny.
-Mi nic innego nie przychodzi.- odparła dość stanowczo blondynka.
-Mi też.
-Więc chyba, temat skończony.
Puściła brata z objęć i rzuciła się na poduszkę, dając mu tym samym do zrozumienia że tej nocy, będą spać u Dracona. Chłopak patrzył an zwinięta w kłębek siostrę i mruknął jeszcze.
-Zabini do mnie pisał. Dali mu jednodniowe wolne w wojsku. Ma nas odwiedzić jutro.
Zafundował jej tym bezsenną noc.
~*~
Następnego dnia rano, Diana biegała po całej swojej sypialni zaledwie w samych czarnych rajstopach i bieliźnie. Szukała jakiejś świeżej sukienki. Juz w myślała nad wyzwiskami jakie skieruje do swojego domowego skrzata, który nie wyprał ubrań Malfoyównej.
W końcu znalazła w jednej z komód, czarna sukienkę w szare kwiaty. Szybko ją założyła na siebie po czym włożyła tez baletki, które były dla niej niczym zwykłe pantofle. Chodziła w nich tylko po domu. 
Spojrzała do lustra, jednak nie na twarz. Tylko czy sukienka nie jest pomięta. Nie umiała sobie spojrzeć w oczy. Brzydziła się swoim odbiciem od dawna, ale od kiedy Snape uśmiercił Dumbledore'a , czuła się tak brudna jak nigdy dotąd. Spuściła wzrok i położyła się na łóżku. 
Jej fanatyzm śmierciożerstwem przygasł, już dobre pół roku temu ale w tedy... była rozdarta. Sama nie wiedziała czy chce aby Czarny Pan opanował ministerstwo. Z jednej strony, jak to się stanie już nie będzie musiała się ukrywać, będzie kontynuował naukę i ucieczka do Niemczech nie będzie konieczna. Ale jeśli Czarny Pan przegra... wówczas wyląduje w Azkabanie. 
-Dobry. - jej przemyślenia przerwał dobrze znany jej męski głos. Głos za którym była już stęskniona. Odwróciła twarz, siadając na łóżku. 
-Siemka Blaise.- odparła, patrząc na twarz Diabła. Miał na sobie czarne spodnie, biały podkoszulek i wojskową kurtkę. Najpierw w ogóle go nie poznała. Gdzie się pojawił ten Zabini w czarnym garniturze? 
Chłopak widząc że Malfoyówna, wcale nie wygląda tak źle, jak się tego spodziewał podszedł do niej i przytulił. Diana zaśmiała się, gdy Zabini chwycił ją w ramiona i obrócił w okół własnej osi. 
-Debil.- zaśmiała się, gdy chłopak ją puścił i spojrzał w zapuchnięte oczy.
- Tęskniłem.- odparł, poważniej. Diana poczuła, wzrastające ciśnienie między nimi więc zaproponowała whisky. Zabini zgodził się, a Diana zeszła do parteru po lód. On w tym czasie podszedł do biurka dziewczyny i przyjrzał się zdjęciom nad nim. Jego uwagę przykuło zdjęcie. Na nim był on, wraz z młodą panną Malfoy. Dziewczyna siedziała mu na kolanach, śmiejąc się. W jednej dłoni miała epapierosa, a drugą pokazywała kciuk w górę. Zdjęcie było wykonane w piątek klasie, na samym początku roku. W tedy gdy byli sobie najbliżsi. Pamiętał że jakieś dwa miesiące później, Diana wplątała się w półtora miesięczny chory związek z Richardem. Blaise pamiętał, jak razem z Draconem, pobili Richa, po tym jak dowiedzieli się co zrobił Diance.
Skupił się na swojej sylwetce na ruchomej fotografii. Mimo słabej jakości zdjęcia, widział swój wzrok na nim. Patrzył na uśmiech Diany z uwielbieniem. Pamiętał ten czas. Był gotowy wówczas na wszystko, byleby siostra jego przyjaciela, była blisko. Rękoma obejmował Dianę w talii, głaszcząc jej plecy jedną ręką. Mówił coś. 
Blaise nie mógł uwierzyć że Diana trzyma nadal to zdjęcie, jeszcze w tak widocznym miejscu. Przecież już nie łączyło ich nic więcej oprócz przyjaźni...
Oprócz tęsknoty.
Diana weszła do otwartego pokoju i napotkała Diabła, oglądającego zdjęcia nad jej biurkiem. Gdy podeszła nieco bliżej, zauważyła ze to ich wspólne zdjęcie tak przykuło jego uwagę.
Zabiniemu przypomniał się pewna piosenka. Zacytował ją cicho.
-Do końca życia obiecali sobie, że będą zawsze, widocznie chora miłość zamazała wyobraźnie. 
-Trzeba było nie wybierać Tracey.- odparła, odkładając tackę na biurko.
-Sytuacja z nią rozwijała się parę miesięcy, miałaś czas żeby zareagować.
-Ja... ja myślałam że to oczywiste.  Że wrócisz do mnie bo mnie kochasz... Widzisz świat jaśniej ,klasyka,co tu puste słowa czekać aż się odezwie,gdy będzie potrzebować. 
-Nie miałaś odwagi powiedzieć mu co czujesz? Może za parę lat to zrozumiesz.. A gdybyś tak go znalazła nieprzytomnego w pełni? Czy wtedy miałabyś odwagę by zaszeptać ze tęsknisz?
-Nie wiem...
-Przecież poza Tobą nie widział świata, pamiętasz tego chłopaka?Pamiętasz ile płakał?A te dni,noce razem,pamiętasz...
-Czekaj, czekaj.- przerwała jego monolog Diana, nie dowierzając własnym uszom- Ty... ty przeze mnie płakałeś? Czemu? Kiedy?
-Jak wybrałaś tego damskiego boksera... myślisz że to nie zabolało? Że dziewczyna moich marzeń, wybrała innego?
-Spałeś z każdą laską, jaka popadnie!- wypomniała mu urażona dziewczyna- Coś ty myślał, że wiecznie będę siedziała i czekała na ciebie? Myślałeś że ile będę to znosiła? 
-Tyle ile będzie trzeba.-mówił spokojnie, a piosenka nadal tkwiła mu w głowie. Tak idealnie pasowała do tej sytuacji- Jak zabierał Cie gdzieś,gdzie jeszcze nie był z nikim. Zaufał, pokochał, za serce chwycił.. W każdej chwili przecież stawał w Twojej obronie, nie dlatego,bo musiał,szedł tak pod sam koniec. Z tamtymi łączyło mnie tylko łózko. To ty byłaś tą jedyną...To było podłe, nie miało być tak przecież, do końca życia obiecał sobie jedną kobietę.
-Wyobraź sobie, że bolało mnie gdy widziałam jak całujesz się z każdą jaka się podwinie.  Tak mocno ranił cie, więc nie ma szans na to.
- Ale kochałem tylko ciebie.  Okazywałem ci to na każdy możliwy sposób. Nawet gdy byłaś już z Watsonem.
-A gdy zerwaliśmy? Tak trudno było ci powiedzieć że mnie kochasz?
-Ty byłaś w tedy taka... zimna. Oschła. Jak nigdy dotąd. Tknąć się nie dałaś. Pokazywałem ci że cie kocham... starałem sie przynajmniej... Jak klękał przed Tobą,prosząc o jedna szanse. Dlaczego wtedy Ty go mijałaś go z dystansem? Wiesz, naprawdę cie kochałem. Ale nie wiedziałem kiedy będziesz gotowa. Każdy wspólny dzień był wszystkim dla nich, każde z nich było wstanie za siebie zabić nie ma minuty,kiedy nie myśli o Tobie.. Dzisiaj już nie ma ich,są obcy sobie..
-PRZESTAŃ MI TO CYTOWAĆ!- wrzasnęła czując ogarniającą ją wściekłość- Też cię kochałam matole! Ty wiesz ile ja nocy przez ciebie nie przespałam!? Wiesz ile ryczałam?! Jak ty mogłeś spokojnie zasnąć z myślą że dziewczyna która by za Tobą w ogień skoczyła, leży trzecią noc pod rząd myśląc o tobie!? Jak mogłeś na moich oczach całować się z inną dziewczyną?! Ty wiesz że najpoważniejszy atak miałam, jak zobaczyłam was liżących się? Przez ciebie był mi tak trudno sobie kogoś znaleźć! Gdyby nie Gerd...
-Wy dalej jesteście razem?- przerwał jej ze zdziwieniem Zabini.
-No, przecież ślub bierzemy na wiosnę.
-Wy nadal jesteście zaręczeni?!
-A czego nie rozumiesz w słowie ślub? A poza tym, czy ja się drę o to że nadal jesteś z Davis?
Blaise patrzył się ze zdziwieniem na Malfoyówną. Ona tak na serio chciała być z tym starym dziadem?
-Przecież, jeszcze tak niedawno byłaś we mnie nieszczęśliwie zakochana. I to tak szczerze.
-To było trzy miesiące temu?- zapytała się sarkastycznie- Teraz kocham Gerda, chcę za niego wyjść i urodzić mu dziecko...
-Ty suko.- syknął, podchodząc do zaskoczonej dziewczyny i patrząc na nią  z góry- Ty skończona szmato...- poczuł jak ogarnia go złość. Przyszedł tu myśląc że dziewczyna zmądrzała i wycofała się z tego związku. A ona, nie dość że nadal jest z tym staruchem, to jeszcze mówi o wspólnej przyszłości? Co ona brała?- Ty rozumiesz czym jest miłość? Ja czekałem niemal rok, dopóki nie odwzajemnisz mojego uczucia. Kochałem cię jeszcze przed pocałunkiem na balu, ale nie wiedziałem jak ci wyznać swoje uczucie. Bałem się że mnie wyśmiejesz, zachowasz się tak jak wobec Weasleya. A podobasz mi się od zawsze. Czekałem półtora roku, aż na mnie zwrócisz uwagę.
-Zawsze cię kochałam...
-To co robisz z Fussem!? Kochając mnie, weszłaś w związek z nim, nadal się we mnie podkochując?! Zachowanie godne dziwki.
Zabolało. Trafił tymi wyzwiskami prosto w serce.
-Czemu mi to mówisz? Jesteś z Davis. Co cię obchodzą moje uczucia?
-Szczerze?- warknął, do niej nie widząc łez wypływających z jej oczu- Już kompletnie nic. Jesteś ociekającą fałszem szmatą, nie dziewczyną w której mógłbym się zakochać. Nie chcę cie znać.
Po czym wyminął załamaną dziewczynę i wyszedł z pokoju. Diania nie wierzyła  w to co się przed chwilą stało. Jak ją zwyzywał. Poczuła się jakby dostała w twarz. Mimo to odwróciła się i wybiegła za nim. 
-BLAISE!- krzyknęła, zatrzymując się na schodach, jednak ten wyszedł z Malfoy Manor trząsając drzwiami. Zaczęła płakać. Nie chciała by tak wyglądało ich pierwsze spotaknie po takim czasie. Między nimi już wszystko było skończone. Czemu poruszyli ten temat? 



Każdy wspólny dzień był wszystkim dla nich,
każde z nich było w stanie za siebie zabić.
Nie ma minuty kiedy nie myśli o Tobie,
Teraz juz nie ma ich, są obcy sobie.

środa, 30 lipca 2014

Rozdział 2



Witamy w piekle, synu. 
-słoń

Malfoy Manor został zawładnięty przez Czarnego Pana, Lucjuszowi udało się zachować całkowitą prywatność w dwóch pomieszczeniach: w sypialni oraz w swoim gabinecie. W tamtej chwili, siedział właśnie w tym drugim pokoju, przy biurku. Na przeciwko niego, siedział dwudziestoczteroletni  niemiecki lekarz. Od jakiegoś  miesiąca,  narzeczony jego jedynej córki. 
-Myślisz że będzie z tobą szczęśliwa?- zapytał Lucjusz, ilustrując młodego mężczyzna wzrokiem.
-Będzie.- odparł pewnym siebie głosem Gerd.
-Posłuchaj mnie, ważniaku.- warknął nagle pan Malfoy- Chcesz poślubić moją JEDYNĄ córkę. Ona jest dla mnie wszystkim, rozumiesz? 
-Jakoś, nie przypominam sobie, aby pan jej to okazał.- zauważył kulturalnie Gerd.
-Bo nie umiem.- uciął Lucjusz.- Diana spędzi resztę życia z tobą. Urodzi ci dziecko.
-No właśnie.- pochwycił niemiec- będzie miał pan, kontynuację rodu, w innym kraju. Jeśli Diana będzie chciała zamieszkać w Niemczech...
-Nie będzie chciała.
-... to również u nas, Malfoyowie będa mieli wpływy. To dla pana dobre. Urodzi panu dziedzica.
-Nie mi, tylko tobie Fuss.- warknął Lucjusz. Ten cały lekarz był bezczelny! Co on sobie myślał?- Jaki ty,  masz status krwi?
-Czysta. A tak dokładnie to szlachta średnia.
Ha! Dziedzic szlachty średniej chciał poślubić magnatkę. Jednak... po chwili przypomniał sobie że jego wuj- Ikar miał podobną sytuację, jednak w niej to on miał lepsze pochodzenie. To Ceres była klasy średniej.
Gerd poczuł satysfakcję uświadamiając sobie jedna rzecz. Lucjusz najpierw zapytał się o to czy Dianka będzie szczęśliwa... dopiero później o status krwi.

~*~
Cześć,
Na samym początku chcę abyście wiedzieli, że to nie pierwszy list, który próbuje wam wysłać. To nie jest już  chyba trzynasty. Pisze do wszystkich, ale nie listów nie dochodzi, ponieważ Ministerstwo infiltruje pocztę na terenie całej Anglii. Podobno chcą zamknąć Hogwart, ale mój tato zapewnia, że to tylko chwilowe. Mam nadzieje. Odwiedziłam nie Teodora. Jest w niezłej rozsypce, podobnie jak Dafne. Piją, palą i wciąż udają, że jesteście im obojętni. Na pewno za Wami tęsknią. Blaise postanowił zaciągnąć się do wojska. Nie wiem jakie były tego powody, ale przypuszczam, że to jego sposób na ucieczkę. Każdy z nas szuka sposobu aby uciec z tej wrzawy. Moi rodzice unikają rozmów ze mną, a za każdym razem kiedy wracają z waszego domu zbywają mnie krótkim: u Diany i Draco w porządku. Chciałabym wiedzieć jak jest naprawdę. Czy naprawdę jest tak dobrze? Jak się czujecie? Jak spędzacie wakacje? Czy Gerd odwiedza Dianę tak jak mi obiecał przy naszym ostatnim spotkaniu? Na pewno bardzo jej go brakuje. Mam nadzieje że wszystko u niej dobrze, nie wyobrażam sobie żeby było inaczej. A Draco? Jak się czuje Draco? Gdzie się podziewa? Każdego wieczora wyobrażam sobie, że jesteśmy w Pokoju Wspólnym i niczym się nie przejmując śmiejemy się z błahostek. Myślę o tym całymi nocami bo meczy mnie bezsenność. Mało jem, pije i dużo czytam. To mój sposób na ucieczkę. A wy jaki sposób macie? Myślę, że skuteczny. Nie mam kontaktu z nikim oprócz Dafne i Teda, a bardzo się martwię. Mam nadzieje, że jeśli nie uda mi się Was odwiedzić to spotkamy się w Expressie do Hogwartu. Będę na Was czekała, zawsze czekam.
Kocham Was i tęsknię, wasza Lyra.
PS.: Czekam z utęsknieniem na odpowiedź abyście rozwiali moje wszystkie wątpliwości.
-Co to?- Diana usłyszała za sobą głos brata, w pierwszym odruchu chciała schować list do koperty, jednak uświadomiła sobie, że w końcu nie ma w tej korespondencji absolutnie nic złego.
-Lyra napisała.- odparła, a Draco natychmiast wyrwał jej list z rąk.- Wszystko u niej dobrze, nie dramatyzuj.
-Ja nie dramatyzuje.
-Jak wolisz.- odparła lekceważąco i opadła na swoje łózko, wyciągając spod materaca epapierosa . Patrzyła jak brat ze skupieniem czyta list. Całe ręce mu drżały- Uspokój się…
Draco spojrzał na siostrę z delikatnym obłędem w oczach, kończąc czytać list.
-Przestań palić.- syknął ze złością, podchodząc do Diany i wyrywając jej epapierosa z dłoni- To jakieś mugolskie świństwo…
-Dzięki któremu nie chleje jak Dafne do nieprzytomności!- odpyskowała dziewczyna.
-Daj mi to świństwo- Ta założyła ręce na piersi i patrzyła bykiem na brata.- Odpiszę jej.
-Napisz ode mnie, że Gerd mnie odwiedza i żeby nas odwiedziła i…
-Nie możemy napisać prawdy- mruknął Draco- Nie wiadomo kto to przeczyta… skoro to nie jest pierwszy list który nam wysłała.
-No okej, rozumiem.- przerwała mu zirytowana. Ile on mógł jej tłumaczyć tak banalną rzecz? Draco natychmiast zaczął odpisywać na list swojej…przyjaciółki – Myślisz że ona mówi prawdę o Blaise? Że ot tak zostawił Davis na dwa miesiące?
Draco z zaskoczeniem spojrzał na siostrę. Od kiedy ona się martwiła Diabłem? Co ją obchodziło, z kim jest i gdzie?
-Go zawsze ciągnęło do wojska.- zauważył słusznie Draco. Diana spuściła wzrok i zastanowiła się na sytuacją.
Pamiętała doskonale że już w czwartej klasie Blaise mówił że wstąpi do wojska. Zawsze mówił że prawdziwy facet idzie do wojska, choćby na krótką służbę. Zgadzała się z nim. Jednak… nigdy nie spodziewała się że Diabeł postanowi iść na dwumiesięczną służbę w  wakacje. Myślała że był bardziej ambitny.  A poza tym…
-Myślałam że on wstąpi jak będzie starszy.- wymamrotała Diana- Ma dopiero szesnaście lat...
-On ma tyle lat co my.- wtrącił brat.
-No własnie. Ma szesnastkę.
Draco spojrzał na Dianę ze zdziwieniem w oczach. Dziewczyna kiwała się we wszystkie strony, jak ich dawny skrzat domowy- Zgredek. Widać było że nad czymś gorączkowo myślała. 
Była dziwna... zmieniała się. Nie była już przerażona... ona... ona wydawała się przyzwyczajać do tego wszystkiego... do zła... przynajmniej tak mu się wydawało przez ostatnie tygodnie. Zmienił zdanie. Jego siostra powoli wariowała.
-Dianka... siostrzyczko.- Draco, odłożył pióro i podszedł do niej, obejmując ramieniem- My już obchodziliśmy siedemnastkę... a Zabini ma urodziny...
-Dwunastego maja, tak wiem.- mruknęła dziewczyna, patrząc ze smutkiem przed siebie. Oparła głowę o ramieniu brata.- Jak on mógł tak zostawić... Tracey.
-I ciebie.
-I nas.
-No co  ty, nie płacz.- chłopak zdziwił się na widok łzy na policzku siostry. Wyciągnął z kieszeni świeżą chusteczkę i otarł nią mokry policzek siostry.-Dianka, no...
-Kiedy będzie tu Gerd?- spytała, chcąc jak najszybciej zmienić temat. Było jej przykro ze względu na zachowania Zabiniego, ale nie chciała drążyć tematu.
-Za chwile będzie... chodź tu.- mocniej ją przytulił i ucałował w czoło.
Nie mogła więcej cierpieć. Przecież obiecał jej że wszystko co złe już za nimi...
~*~
-Dobry wieczór, kotku.- usłyszała męski, aksamitny głos nad swoim uchem. Uniosła głowę i spojrzała w twarz Gerdowi. Uśmiechnęła się i objęło go ramieniem, siadając na łóżku.
-Hej, kochanie.- odparła, szczęśliwa że wreszcie przy niej jest.- Jak rozmowa z ojcem?
-Dobrze.- posadził Dianę na swoich kolanach.
-O co pytał?
-Hm... no o to czy będziesz szczęśliwa, o mój status krwi, o ślub...
-O, no właśnie.- przerwała mu blondynka- Kiedy ślub?
-Myślałem o wrześniu, jak jeszcze będzie ciepło.
-Nie da rady.
-Czemu?- zdziwił się Gerd.
-Będę w szkole, głuptasie.- zaśmiała się. Przecież to była oczywistość. Jak niby w Hogwarcie będzie planowała wesele? Na eliksirach będzie suknie ślubną?- To znaczy, jak Czarny Pan dojdzie do władzy...
-Kochanie, uważam że wrzesień to najlepszy czas. 
-Ale dlaczego?- dziwiła się dziewczyna-Nie będę mogła, ot tak rzucić nauki i przyjechać na trzy dni na wesele, jak ty to sobie wyobrażasz...
-A tak, że nie wrócisz do szkoły.- wyprostował Gerd, patrząc na narzeczoną. Ta, najpierw myślała że doktor, sobie z niej żartuje, jednak widząc jego poważny wyraz twarzy, zrozumiała.
-Ja wracam do Hogwartu.- powiedziała zdecydowanym tonem. Tonem, jakiego jeszcze nigdy nie użyła- Ty też, jako lekarz. Ja, jako absolwentka szkoły. Nie mam zamiaru zrezygnować z edukacji.  Zrozumiałeś?
-Dianka...
-Zrozumiałeś?
-Ty nic nie rozumiesz.- odparł poważnie młody doktor.
-Masz rację, nic nie rozumiem.- potaknęła dziewczyna, zirytowana- Właśnie tego się bałam. Dlatego tak bardzo nie chciałam, wyjść za kogoś, kogo podyktuje mi ojciec. Żeby uniknąć przedwczesnego ślubu...
-Jeśli ON dojdzie do władzy, niczego się więcej w Hogwarcie nie nauczysz, kochanie. Oni będą się nad wami pastwić... proszę... zrób to dla mnie i zostań w domu.
-Nie, Gerd.- dziewczyna trwała przy swoim- Ja tam muszę wrócić.
Doktor patrzył an swoją narzeczoną. Bał się o nią. Że ktoś ją skrzywdzi.
-Kocham cię.- wymamrotał i pocałował w czoło. 
~*~
No i proszę, kolejna notka ;> przepraszam, że taka krótka ;c następne będzie dłuższa! Zapraszam na mojego drugiego bloga, dowiecie się trochę o mnie.

piątek, 18 lipca 2014

Bonus- historia Adary Malfoy cz. 1

Historia Adary Malfoy.
‘(…) najwspanialsi ludzie mają największego pecha.’
Najlepsza nutka ;>
Hmm… zapewne wiele osób zastanawia się , po co marnuje czas na pisanie tej małej biografii. Jednak ja uważam że ta historia jest zbyt piękna aby ot tak ją zignorować lub tylko dodać krótkie streszczenie jej.  Osobiście, uwielbiam tą postać i chcę abyście ją bliżej poznali.  W jej historii są pewne podobieństwa do życia Diany, dlatego właśnie Adara tak ją świetnie rozumie. W pierwszej części skupie się na jej dzieciństwie, w drugiej opowiem już o czasach ponad szkolnych.  
Ps. Tak właśnie wyobrażam sobie Jamesa i  Syriusz podczas edukacji.
Mam nadzieję że wam się spodoba :>


Środek nocy 15 maja 1961 roku.
Był nów , noc ciemna i głucha. Z oddali było słychać sowy i wycie wilków.
Czterdziestodwuletni polityk , Ikar Malfoy , brat Abraxasa Malfoya siedział w wielkim salonie patrząc się w płomienie iskrzące w kominku.  Z piętra wydobywały się krzyki jego małżonki , która właśnie rodziła mu dziedzica. Poród trwał już dziesięć godzin a magomedyczka nie wychodziła z sypialni , gdzie obywał się cud narodzin.  To go dobijało. Nie wiedział co się dzieje. Krzyki raz ucichały , raz były jeszcze gorsze. Dlatego gdy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi , uniósł wysoko głowę. Zobaczył niską brunetkę z włosami do ramion w zakrwawionym kitlu. Pielęgniarka była uśmiechnięta.
-Już po wszystkim- powiedziała.
-Syn?- zapytał z nadzieją .
-Dziewczynka.- odparła cicho miłym tonem. Mężczyzna patrzył przez chwilę na pielęgniarkę , jakby żartowała. Ale ona mówiła prawdę.
Nie miał dziedzica. Tylko córkę. Pierworodną. Szósty przypadek urodzenia pierworodnej córki w rodzie Malfoy.
-Nie chce pan jej zobaczyć?- zapytała kobieta.
-Nie. Niech pani już idzie do Ceres i… tego dziecka.
Pielęgniarka patrzyła się na Ikara jak na wariata. Urodziła mu się , śliczna , zdrowa dziewczynka. Zapewne już myślał o drugim dziecku. No to się przeliczył.
-Jeszcze jedno.- powiedziała- podczas  porodu córki były uwikłania. Byłam zmuszona usunąć pańskiej żonie macicę. Nie będzie miała więcej dzieci.
~*~
25 lipca 1961 roku. Chrzest córki Ikara i Ceres Malfoy – Adary Malfoy.
Nad łóżeczkiem wnuczki stał Hajmon Malfoy , przyglądając się dziewczynce. Podobnie jak reszta rodziny – zaszokował go fakt urodzenia córeczki.
Adara otworzyła oczka. Były  szaroniebieskie i patrzyły się na niego szeroko otwarte. Nie pamiętał kiedy ostatnio widział dziecko w różowej sukienne do chrztu.
Abraxas , drugi syn , miał już kilkuletniego  chłopca Lucjusza. Co było złego w Adarze? Płeć? Co z tego, skoro był już dziedzic rodu?  Wziął dziewczynkę na ręce i się do niej uśmiechnął. Ta dotknęła jego nosa swoją małą piąstkom. Była naprawdę urocza. Cieszył się z tego że miał wnuczkę, tak w sumie to było miłe uczucie. Ucałował ją w czółko z uśmiechem.
-Ojcze.- do pokoju wszedł Ikar. Gdy zobaczył Hajmona , niosącego na rękach Adarę , zdziwił się. Wszyscy patrzyli na nią spod łba.- Zaraz się zaczną chrzciny , goście są już w kościele.
Hajmon pokiwał powoli głową. Następnie odwrócił się i podał synowi wnuczkę.
-Masz się nią dobrze zająć.- powiedział, mijając syna i wychodząc. Ikar ze zdziwieniem patrzył na oddalającego się Hajmona. Czy on się uśmiechał do tej dziewczynki? Czy Hajmon właśnie kazał mu, dobrze zaopiekować się córką? Czy on ją UCAŁOWAŁ W CZOŁO?! Jak to możliwe? Swojego syna nie ucałował, a tą dziewczynkę tak? Przecież to było… nielogiczne.
Poczuł w sercu, ukłucie zazdrości.
~*~
24.01.1967 rok.
Była diamentem wśród kobiet, jej ojciec młody wdowiec,
Za ścianą czuła chłód i smród, bo przyprowadzał w chuj dup na spowiedź.
Był spokojny wieczór. Ceres Malfoy robiła to co lubiła najbardziej- gotowała. Jej córeczka natomiast siedziała na blacie i patrzyła się na ruchy matki.
-Mamo?- zapytała w pewnej chwili, patrząc na profesjonalne ruchy matki.
-Tak?
-Gdzie ojciec?
Ceres upuściła nóż , który spadł na podłogę z głośnym hukiem. Następnie oparła się pięściami o stół i spuściła głowę w dół  zasłaniając twarz ciemnymi włosami.
-Mamuś…- wyszeptała zaniepokojona dziewczynka.
-Tatuś jest w pracy- powiedziała kobieta , unoszącą wzrok na córkę. Hamowała łzy i wysiliła się na uśmiech- zaraz… zaraz wróci , skarbie.
 Następnie wzięła do ręki nóż i powróciła do robienia sałatki włoskiej, jakby nigdy nic. Czuła na sobie wzrok dziewczynki, co doprowadziło do trzęsących się dłoni Ceres.
-Czemu jesteś taka smutna?- dopytywała się Dara.
-Kochanie…- zaczęła Ceres- dorośli mają po prostu własne problemy i…
-Jakie problemy?- W tej samej chwili rozległ się dźwięk drzwi. Adara wychyliła się z kuchni i spojrzała na przedpokój. Jej ojciec , szedł po schodach obejmując jakąś blondynkę. Nawet się nie przywitał.-Kto to?
-Sekretarka taty.- powiedziała kobieta , tamując łzy. Nawet nie spojrzała w tamtym kierunku. Już bez widoku, jak jej małżonek zafundował Adarci,  czuła jakby ktoś jej wbił nóż w serce- To tylko sekretarka…
Adara krzyknęła. Jej matka upadła na podłogę tracąc przytomność.
~*~
Jest mi wstyd, bo ten dom był domem z pozoru.
Ojciec pił do zgonu od nałogu do nałogu,
Matce zabrakło sił, wybrała drogę do grobu.
25.01.1967 rok.
-To jakaś mugolska choroba – Adara podsłuchiwała słowa ojca , spod drzwi jego sypialni, parę dni po zasłabnięciu Ceres.- Nie wiedziałem że moja żona ma odporność godną jakiegoś mugolskiego  bruda. Długo nie pożyje.
-Teraz będziesz miał mnie.- powiedziała uwodzicielskim tonem Tamika , kochanka Ikara. Zachowywała się jakby w ogóle nie przejmowała się faktem że siedmioletnia dziewczynka mogła zostać pozbawiona matki.
-Stary dziad.- wyszeptała Adara odchodząc.
~*~
miałam dosyć już tam.
Myślałam, o popełnieniu samobójstwa,
09.07.1967 rok.
Adara dopiero weszła do domu, po powrocie ze szpitala. Jej starsza koleżanka, Andromeda odprowadziła dziewczynkę do domu.
-Spokojnie , twoja mama wyzdrowieje.- mówiła średnia z sióstr Black- Zobaczysz, za niedługo wszystko będzie dobrze.
-Nie chcę żeby ona umarła- wymamrotała smutna dziewczyna- Kocham mamę...
-Spokojnie, z tatą dacie radę. -prychnęła Andromeda, odprowadzając ją aż po schody na górę.- Jutro chyba odwiedzi cię Cyzia. Do zobaczenia.- pochyliła się i ucałowała dziewczynkę w policzek. Ta smutno pokiwała głową i weszła po schodach na piętro. Gdy przechodziła koło gabinetu ojca, uświadomiła sobie, że wypadałoby go powiadomić o powrocie do domu, by się nie martwił. Uchyliła drzwi.
-Nareszcie mam kogoś kogo kocham.- wymamrotał ojciec do pięknej lekarki.- Bez tej starej jędzy i tego zapchlonego dzieciaka. 
-Bardzo cie kocham, Ikarze.- powiedziała kobieta całując ojca po szyi i pozwalając mu się dotykać.
Adara poczuła jak łzy napływają jej do oczu. Przecież mama była taka dobra...
Szala goryczy została przelana gdy ojciec rozpiął guziki z górnej części sukienki doktor Tamiki. Dziewczynka nie dowierzając własnym oczom, zobaczyła biust kobiety, a gdy ta zaczęła ściągać Ikarowi spodnie... Adara ja najszybciej uciekła do budki ogrodnika. Zapłakana, zaczęła grzebać w szafkach. Wyjęła trutkę na gnomy i przybiegła do kuchni, dodając trutkę do wody. Wypiła jak najwiecej trucizny po czym zobaczyła mroczki przed oczyma.
Jak on mógł tak mówić o mamie? Jak on mógł całować tamtą kobietę?!
-Zostawiłam tu chyba gdzieś moją... DARA!- usłyszała krzyk Andromedy.
***
-Pańska córka miała farta. Na szczęście , wystarczyło pukanie żołądka.
~*~
06.09.1971 roku.
Szpitalny zegar powoli wybijał północ, a dźwięk wskazówek  zegara rozchodził się po całym pokoju w którym leżała Ceres Malfoy. Adara siedziała , przy łóżku umierającej matki.
Kobieta była blada i naprawdę zmęczona życiem. Pod jej oczami były wory, podobnie jak u córki. Była niesamowicie słaba, najmniejszy gest sprawiał jej cierpienie. Było jej naprawdę ciężko.
-Mamuś..- mówiła dziewczyna ,trzymając dłoń matki-Kocham cię.
-Kocham… cię.- powiedziała , patrząc na córkę i dotykając jej twarzy. Każde słowo sprawiało jej ból -Nie płacz Darciu…
Gdy ręka Ceres zaczęła opadać , Adara poczuła jak zaczyna panikować. 
-Mamuś…-  dziewczyna chwyciła jego dłoń i przytuliła do swojego policzka. –Mamuś… nie umieraj, żyj, ja się tobą zajmę, obiecuję.
- Bądź silna… skarbie… nie zgub samej… siebie. Ko…cham cię. - to były ostatnie słowa  Ceres Malfoy. Następnie życie odeszło z jej ciała.
Adara wybuchła płaczem.
~*~
08.09. 1971 roku.
ŻONA SZEFA DEPARTAMENTU PRZESTRZEGANIA PRAWA CZARODZIEI, UMARŁA ZESZŁEJ NOCY!
Śmierć w wyniku choroby czy może intryga? Zapraszam na stronę 2!
Ceres Malfoy (48l.+), małżonka szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziei- Ikara Malfoya (52l.) oraz matka siedmioletniej Adary, umarła tej nocy w szpitalu świętego Munga. Kobieta była ciężko chora, od ponad dwóch  lat ale to zeszłej nocy dokonała żywota.
-Moja kochana Ceres, była ciężko chora, jednak według jej lekarki, Tamiki Brown od pewnego czasu jej stan się polepszał. Dlatego nie wierzę w to , aby tak nagle miała umrzeć. Na pewno ktoś w tym moczył palce!
To są słowa pana Malfoya, który wczorajszego ranka, przyszedł aby podarować żonie nowe kwiaty do wazonu i odebrać córkę która całą noc, koczowała przy łóżku zdrowiejącej matki. Niestety cudowne tulipany złoży ukochanej  dopiero na grobie. Mężczyzna z szokiem dowiedział się o nagłej śmierci Ceres i nie mógł początkowo w nią uwierzyć. Jednak został zmuszony do tego, gdy zobaczył ją w szpitalnej kostnicy.
-Nie mogę w to uwierzyć… Ceres miała wyzdrowieć, wrócić do domu, mieliśmy oboje przyszykować, Adarę do pierwszego roku w Hogwarcie… jednak zostałem sam. Z siedmioletnią córką, która tak bardzo potrzebuje matki.
Dramat wdowca, podkreśla właśnie ten czuły punt- że córeczka państwa Malfoyów, została pół sierotą. Dziewczynka z trudem radzi sobie ze śmiercią matki, z którą pomimo tego, że nie była tak blisko jak z ojcem, łączyło ją mocne uczucie miłości. Siedmiolatka jednak potrzebuje  terapii od magochologa, który zarówno jej ojcu, jak i Adarze pomoże pozbierać się po śmierci Ceres. Dziewczynka jest w tak silnej depresji, że nie dała rady udzielić wywiadu. Skoro tak bardzo cierpi po śmierci matki, aż strach pomyśleć co zrobiłaby gdyby straciła ojca!
Wszystkim nam jest niezmiernie przykro i składamy kondolencje szanownemu panu Malfoyowi i jego ślicznej, przygnębionej córce.
Jednak pomimo ogromnego bólu, jaki odcisnęła na nas śmierć pani Ceres Malfoy, należy postawić sobie pytanie. Czy umarła ze względu na przewlekłą chorobę? A może  w jej śmierci miały udział osoby trzecie?
-Stan pani Malfoy się stopniowo poprawiał-mówi asystentka głównego lekarza pani Ceres- Tamika Brown- dlatego dziwne mi się wydaje, że umarła. Byłam pewna że za dwa, trzy miesiące pani Malfoy wyjdzie ze szpitala i będzie mogła wrócić do domu oraz stopniowo zmniejszać liczbę leków. Dlatego postanowiono zrobić sekcję zwłok. Wykryłam w jej krwi, nic innego jak sporą ilość  trutki na gnomy. Jak wszyscy wiemy, te trutki nie zabijają swoich ofiar tylko w szybkim czasie spowalniają ruchy serca oraz powodują otępienie.  Uważam że ktoś od jakiegoś tygodnia stopniowo dodawał, pacjentce owej trutki do herbaty a przedwczoraj, po prostu wsypał jej za dużo, powodując tym śmierć pani Malfoy. Przykro mi to mówić, jednak jestem pewna że przyczyną śmierci tej kobiety nie była choroba. Ktoś z jej biskiego otoczenia ją truł.
A więc pozostaje jedno pytanie… kto?
Najbardziej prawdopodobnym podejrzanym jest oczywiście główny lekarz pani Malfoy- Jeremiasz Kitz (43l.) Mężczyzna miał stały kontakt z panią Malfoy i mógł bez problemu ją podtruwać, a trutkę mógł dostać niezwykle łatwo- jego żona pracuje w aptece na ulicy Pokątnej, gdzie trutkę można kupić na receptę.  Ponadto, nienawidził ojca pani Ceres, który jest odpowiedzialny za posłanie brata Kitza do Azkabanu. Lekarz już został przesłuchany a prokurator, już zbiera dowody przeciwko Kitzowi.
Cała rodzina Malfoyów, oraz nasza redakcja ma nadzieje na  surowy wyrok na mężczyznę który sprawił tak niezwykły ból siedmioletniej dziewczynce, której blizny na psychice stały się niezwykle głębokie i pozostaną na całe życie, upośledzając dziewczynę w kontaktach między ludzkich.
Wasza ulubiona dziennikarka.
Rita Skeeter.
~*~
Mówiła mi "Idź przez życie po prostej, a prostsze okażą się dni"...
Mówiła mi "Życie może być szorstkie, a pośpiech najostrzejszą z brzytw"...
01.09.1972 roku.
-Malfoy Adara!- wyczytała jej nazwisko zastępczyni dyrektora. Jedenastolatka, zagryzła dolną wargę, jednak wyszła z tłumu swoich rówieśników, czując znaczące szepty. Poczuła zgorszenie, słysząc jak jakaś brązowowłosa dziewczynka tuż za nią, cytuje Rite Skeeter
-Niezrównoważona psychicznie… kto ją wpuścił do zamku?
-Ignoruj je.- mruknął do ucha Dary, jakiś chłopak. Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem, po chwili się uśmiechnęła. Starając się je ignorować, weszła na platformę i usiadła na stołku czując jak tiara opada  na jej głowę, zasłaniając oczy.
-SLY…!- zaczęła tiara, jednak przerwała nagle- Myślałam że to będzie łatwiejsze.- usłyszała głos w swojej głowie. Obcy głos… głos Tiary Przydziału- A może by… jesteś ciekawa Adaro. – czuła jak nerwy zżerają ją od środka. Niech to będzie Slytherin…- W sumie to chętnie bym cię zobaczył jako puchonkę, albo gryfonkę… jesteś bardzo pracowita i wytrwała… udowodniłaś to rok temu… Ravenclaw chyba też nie byłby złym pomysłem, nie uważasz? Dlaczego milczysz? Hm… jednak… tak zdecydowanie to będzie dobry wybór.- zacisnęła oczy ze strachu. Co ona chce jej zrobić!? Slytherin… proszę!- SLYTHERIN!
Czując ulgę, zsunęła tiarę z głowy i oddała ją nauczycielce. Następnie spojrzała na  stół ślizgonów, szybko znajdując wśród absolwentów szkoły Lucjusza. Wypięła dumnie pierś, krocząc w kierunku stołu domu węża. Czuła dumę. Wiedziała że Lucjusz, nawet jeśli jej tego zbytnio nie okaże, jest zadowolony…. A może nawet i z niej dumny, że trafiła do Slytherinu. Że być może jednak, wcale nie jest takim odchyłem w rodzinie. Że do nich pasuje. Usiadła przy stole ślizgonów. Tuż po niej, Tony Millis trafił do Ravenclavu.  Dziewczyna odprowadziła go wzrokiem, czując motylki w brzuchu.
~*~
-Podoba ci się.- pochwyciła Ismena, widząc jak przyjaciółka patrzyła na Tony'ego.
-No i?- wzruszyła ramionami- On i tak na mnie nie patrzy.
~*~
24.12.1973 roku.
Na święta tego roku  Adara postanowiła wrócić do domu. Szczerze mówiąc stęskniła się za ojcem i bardzo chciała go odwiedzić choćby na te niecałe dwa tygodnie.
W  Wigilię zeszła po schodach do jadalni aby spożyć kolację z ojcem oraz Tamiką. Gdy schodziła po schodach do jadalni, usłyszała zdanie które ją zaintrygowało.
-… już się bałam że nas rozgryzą, pięć lat prowadzili to śledztwo.- zaśmiała się Tamika.-Ale na szczęście wszystko nam uszło na sucho.
-Skazali go na dwadzieścia lat w Azkabanie.-  powiedział dumnie ojciec- Wątpię by to przeżył. Zwariuje tam, nawet jeśli wyjdzie to go zamkną w wariatkowie.
-To co Ikarze? Za sukces?
-I za każdą naszą wspólną noc, już bez tego bruda…
-TRUŁEŚ MAMĘ!- wydarła się Adara, zeskakując ze schodów i podchodząc szybko do ojca- JAK MOGŁEŚ TRUĆ MAME!?
Ikar i Tamika spojrzeli ze zdziwieniem na dwunastoletnią dziewczynkę. Jakim cudem ona… trzeba ją uciszyć!
-Nie wiem o czym mówisz.- warknął ojciec, odstawiając kieliszek na stół.
-Dobrze wiesz! To przez was mam nie wyzdrowiała! To wasza wina!
-Milcz!- zagrzmiał ojciec, bojąc się, że ktoś może ich podsłuchiwać.
-Powiem dziadkowi!- krzyczała nadal Adara, do końca nie wiedząc co mówi. Była w szoku. Jak oni mogli zabić mamę?! Tak trudno było mu wnieść pozew o rozwód?! W tej samej chwili Ikar ją spoliczkował.
-Nic nie powiesz, bo nic nie było.- warknął w kierunku Dary, która rozmasowywała sobie policzek- Jesteś tak samo brudna jak twoja matka. Masz milczeć. A ty.- spojrzał na Tamikę- Dziś śpisz w innej sypialni. Miałaś zadbać o to, żeby ona spała!
Następnie wyszedł z jadalni, a Tamika chwyciła Adarę za ramię i przyciągnęła do siebie.
-Puść mnie!
-Posłuchaj mnie, głupia, mała smarkulo.- warknęła Tamika, celując różdżką w policzek pasierbicy- Masz siedzieć cicho i nie mieszać się w nie swoje sprawy, bo skończysz gorzej niż gnomy w ogródku. Rozumiesz?
Adara spojrzała na nią ze złością. Patrzyła jej prosto w oczy, patrzyła na jej twarz. Ku swojemu zdziwieniu, uświadomiła sobie że jej macocha jest piegowata, a tuż pod uchem było znamię, które Adara skądś kojarzyła.
-Masz piegi jak Peggy Weasley.- powiedziała ze zdziwieniem Adara, przypatrując się  cerze kobiety. Po wypowiedzeniu tego zdania,  Tamika się zmieszała. –Ty jesteś od Wealsyów… jesteś zdrajcą krwi! Oni też mają takie znamię, pod uchem! Zmieniłaś nazwisko i…
-Zamilcz. Nie wiesz o czym mówisz.- przerwała jej Tamika, oddalając twarz od Adary, która jednak, mimo to patrzyła się na jej twarz.- Zrobię wszystko, tylko nie mów Ikarowi…
Adara wzruszyła ramionami, wyrywając się przy tym Tamice.
 - Znaczysz dla niego tyle co mama jak była młodsza. A marnuj sobie przy nim życie.
~*~
On poznał ją w szkole, tak zwana pierwsza miłość,
Była niedostępna dla amigos, stawiała na jakość, nie na ilość.
On był dla niej inny, jak albinos, uczucia przyszły lawiną,
Gdy obarczała ojca winą łzy leciały jak domino.
On to rozumiał, wnosił jak tragarz ten bagaż, świat swój,
Niestety w rewanżu w jej oczach widział zakaz wjazdu
20.12.1974 roku.
Adara siedziała w dormitorium chłopaków, spędzając czas na nauce z Robert. Oboje powtarzali starożytne runy.
-To... chyba tyle, co?- stwierdził Robert, patrząc na przyjaciółkę, która pokiwała głową- Moge cię odprowadzić, do twojego pokoju?
-Już mnie wyganiasz?- zaśmiała się Adara, zamykając podręcznik.
-Nie!- zaprzeczył szybko chłopak, a dziewczyna z niedowierzaniem patrzyła na przejęcie Roberta.
-No dobrze.- powiedziała z uśmiechem. Oboje wstali i wyszli z dormitorium. Robert w asyście Dary, bez problemu wszedł na korytarz prowadzący do damskich sypialni. Przeszli cały korytarz, do dormitorium w którym spała Adara wraz z przyjaciółką, Ismeną. Gdy doszli, nastała niepokojąca cisza.- Dziękuję, za wspaniały dzień.- uśmiechnęła się ślicznie.
-Nie ma za co.- odparł chłopak , chwytając dziewczynę za rękę.- Wiesz co Dara... ja...- zaciął się- no ja cię bardzo lubię.
Adara zdziwiła się, co było widać po wyrazie jej twarzy. Nie spodziewała się takich słów. Tym bardziej że Rob, był tak zdenerwowany mówiąc te słowa. Przecież on, w przeciwieństwie do Dary, nie był tak przestarzały i w tych sprawach. Już nie raz się całował, nie było to dla niego nic niezwykłego. Natomiast Adara, zaszczycała chłopaków, co najwyżej buziakiem w policzek. 
-To miłe.- odparła po chwili z uroczym uśmiechem.
-Naprawdę bardzo cię lubię.- dodał gorąco, trzymając delikatną dłoń panny Malfoy.  
-Ja ciebie też.- odpowiedziała, przybliżając się do niego- Ja ciebie też lubię, Rob.- stanęła na palcach i pocałowała go. Upuściła książkę i przytuliła go za szyję, a Rob objął ją w talii, po raz pierwszy tak szczęśliwy przy pocałunku. Dziewczyna w pewnej chwili go puściła i podniosła książkę.- Do jutra.
Następne otworzyła drzwi do dormitorium i do niego weszła. Uśmiech nie schodził jej z ust, gdy rzuciła książkę na łóżko, usłyszała jak ktoś krzyczy na korytarzu. Nieco zdziwiona zajrzała za drzwi. Rob skakał po całym korytarzu , nie wierząc w to co przed momentem się stało.
-Ej, co sie stało?- zapytał Patric, przyjaciel Roba.
-POCAŁOWAŁA MNIE!- wrzasnął chłopak.-ROZUMIESZ?!
-Gratulacje!- przyjaciel cieszył sie wraz z nim, a Adara poczuła rosnące poczucie winy. Czemu pocałowała Roberta, skoro nadal podobał jej się Tony?
~*~
05.04..1976 roku.

KOLEJNA BOLESNA STRATA IKARA MALFOYA! 

Niezwykle straszna tragedia, spotkała szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodzei, siedem lat temu ponowna kobieta, którą ten szanowany obywatel pokochał- zginęła. 

Ikar Malfoy (59l) pięć lat temu stracił swoją żonę i matkę swojej córki- Ceres Malfoy został najwyraźniej przeklęty przez Afrodytę- już kolejna kobieta, którą obdarował szczerym uczuciem została pozbawiona życia w równie zagadkowy i tragiczny sposób. 
Siedem lat temu Ikar Malfoy został wdowcem po swojej pierwszej żonie, która umarła na skutek otrucia trutkami na gnomy. Po śmierci pani Malfoy, młoda dziedziczka tego rodu- Adara Malfoy załamała się psychicznie i była nie była zdolna do rozpoczęcie pierwszego roku nauki w Hogwarcie- mimo fatalnego stanu dziewczynki, Dumbleodre postanowił jednak dać jej szanse. Któż wie, jakie piętno odciśnie na niej fakt, że jej ukochana macocha odebrała sobie życie?  Może wówczas 'dyrektor' przejrzy na oczy i odeśle dziewczynę do domu, dzięki czemu nie będzie dalej narażał resztę uczniów na niebezpieczeństwo?
Kobietę znaleziono wiszącą na sznurze w swojej sypialni, całkowicie nago. Sekcja zwłok wykazała że kobieta przed popełnieniem samobójstwa została brutalnie pobita i torturowana zaklęciem Crucio. 
-Przepraszam, ale nie mogę tego skomentować.-mówi zrozpaczony Ikar Malfoy-Tamika... moja najdroższa Tamika... nie mogę uwierzyć ze to się powtórzyło już drugi raz... Nie mogę, udzielać wywiadów. 
Jak widać, zaledwie dwudziestodziewięcioletnia ukochana pana Malfoya znaczyła dla niego absolutnie wszystko.
-Weźcie mi to sprzed oczów.- Adara przerwała czytanie i oddała gazetę Ismenie- Niech zgadnę...  autorstwo Skeeter?
-Yhm. Zgadłaś.- mruknęła brązowowłosa ślizgonka. Ismena Parkinson była najlepszą (i raczej jedyną) przyjaciółką Adary. Miała brązowe loki, spokojnie opadające na ramiona i brązowe oczy, a jej usta były przyjemnej różowej barwy.-  Nieźle, co nie?
-'udzielać wywiadów. 
Jak widać, zaledwie dwudziestodziewięcioletnia ukochana pana Malfoya znaczyła dla niego absolutnie wszystko.' - zarecytowała Adara z niedowierzaniem- Znaczyła dla niego tyle samo co mama, jak była jeszcze zdolna do spełniania jego zachcianek. 
-Vincent mi napisał w liście że twój ojciec nawet wziął ze względu na żałobę czy coś...- odparła Ismena przypominając sobie o liście starszego brata.
-Odstawia ten sam cyrk, co pięć lat temu, jak mamę otruł. Jak można być tak zakłamanym?!- zawołała z niedowierzaniem Adara. Zirytowaną dziewczynę starała sie uspokoić przyjaciółka, jednak po chwili pojawiła się  dwójka gryfonów, która sprawiła że cały wysiłek Ismeny poszedł na marne.
-Syriusz, słuchaj! (...)'dyrektor' przejrzy na oczy i odeśle dziewczynę do domu, dzięki czemu nie będzie dalej narażał resztę uczniów na niebezpieczeństwo? Ja wiedziałem że Malfoyowa jest nienormalna, ale nie myślałem że aż tak, że ma od tego osobny artykuł w Proroku.
-Ktoś cie pytał o zdanie, Potter?- syknęła w kierunku starszego o dwa lata gryfona.
-Nie tak agresywnie Malfoy, nie angażuj się tak w nasze wypowiedzi.- wyszczerzył zęby James Potter- Bo jeszcze ty się powiesisz. Tak kochałaś ukochaną macoszkę...
-Nie żałowałbym.- przerwał Syriusz patrząc z nienawistnym wzrokiem na Adarę. Nienawidził tej dziewczyny. Jako jedyna, oparła się jego urokowi i nie zdołał ją zaliczyć. Przez dumę tej głupiej arystokratki, stracił pięćdziesiąt galeonów, o które założył się z Jamesem. I co z tego że potem Potter oddał mu pieniądze, bo temu zaś nie udało się zaliczyć Parkinson?  Jamesowi już duma ucierpiała na Lily Potter, Syriusz nie znał tego uczucia dopóki Malfoyowa nie wlazła mu w drogę.
-A wrąbać ci?- warknęła w jego kierunku Dara.
-Niby czysta krew, a taka nie wychowana.- kpił nadal Syriusz.
-Ogarnijcie się. -warknęła w ich kierunku Ismena, po raz pierwszy w tym semestrze otwierając książkę. Ale wolała już naukę od tych dwóch idiotów. - Uczymy się, Dara.
-Co to za książka?- zapytał z zaciekawieniem James, patrząc na podręcznik w  rękach ślizgonki- Kamasutra? 
-A potem zajęcia praktyczne, co nie Parkinson? Ty pewnie też, Malfoy.- dodał zadowolony z siebie Black.
Adara, jak dotąd nie otworzyła książki i w przeciwieństwie to przyjaciółki nie miała zamiaru tego zrobić.
-Eh... Black.- powiedziała z fałszywie miłym tonem- To ze ty jesteś męska dziwką nie oznacza, że każdy jest tak upośledzony. 
Ismena zaczęła się głośno śmiać, co nawet nie wzruszyło ani Blacka ani Pottera. Z równowagi wyprowadził ich fakt że, śliczne puchonki, przechodzące koło nich również chichotały z riposty panny Malfoy.
-Teraz to mnie wkurzyłaś, księżniczko.- Syknął Syriusz, czując jak jego ego zostało zranione- Nie porównuj mnie do siebie.- dodał szczerząc zęby.
-Nie używaj tyle tej krzywej mordy, bo ci zaraz ja naprostuje.- wymamrotała Adara, jednak nikt jej nie dosłyszał.
-On tylko spełnia marzenia dziewczyn.- dodał James, od razu stając w obronie przyjaciela.- Zresztą podobnie jest ze mną. Nikogo do niczego nie zmuszamy.
-Spełniacie marzenia?- Ismena zaniosła się ponownie śmiechem. - Na Merlina, wy naprawdę macie wygórowane zdanie o sobie. I czemu tak ją obrażasz? Bo jeszcze tobie do łóżka nie wskoczyła?
-Każda na mnie leci...- odparł, pewnym siebie tonem Black, jednak Adara mu dość brutalnie przerwała.
-Chyba ty na każdą lecisz.
-Dziewczyna którą się zainteresuje, musi mieć odpowiednie cechy charakteru. I wiecie co was boli? To że wy ich nie macie.
-Nie mamy?- zapytała dla upewnienia Ismena, a Syriusz potaknął głową- Tych niezbędnych cech? Nie chciałbyś ani mnie, ani Ad?
-Dokładnie.
-A to ciekawe.- mruknęła Ismena wstając z koca i podchodząc do Syriusza z uroczym uśmiechem na twarzy. Chwyciła go za krawat i brutalnie przyciągnęła do siebie, całując go, tak długo póki chłopak nie odwzajemnił pocałunku. Czyli dość krótko.
Adara, najpierw uniosła wysoko brwi w zadziwieniu. Ona sama, nigdy by nie pocałowała byle kogo. A właśnie takim, byle kim był Syriusz Black. Od początku uważała że nie szanuje on dziewczyn i żadna tak naprawdę nie  jest jego warta, póki się nie zmieni. Doskonale pamiętała swój pierwszy pocałunek. Chłopak, był kimś całkowicie... jak by to powiedział Lucjusz na jej poziomie . A mimo to był zaszczycony tym, że panna Malfoy go pocałowała. Był tak dumny, że przebiegł cały zamek w poskokach, pełny szczęścia.* Do tego dnia, byli razem.
Ismena jednak nie była aż tak porządną dziewczyną  jak jej przyjaciółka, choć i ją samą nieco zadziwiło jej własne zachowanie. Jednak nie miała zamiaru stchórzyć. Mina Jamesa Pottera była dosłownie bezcenna!
Nagle oderwała się od Syriusz i pchnęła w stronę jego przyjaciela. Następnie otarła usta, rękawem szaty i ponownie usiada przy przyjaciółce.
-A nie mówiłam że lecisz na każdą?- zaśmiała się Adara, wraz z Ismeną, czując triumf, widząc zadziwioną minę Syriusza. Dra klękła na kocu przybijając piątkę z przyjaciółką, jednak straciła równowagę i wpadła na nią śmiejąc się.
-Weź, Syriusz chodź od tych ślizgonów... to jest towarzystwo homoseksualne. - mruknął James, odciągając przyjaciela w drugą stronę.
-Wszyscy kazali cię pozdrowić!- zawołała za nim blondynka.

~*~
22.06. 1976 roku.
Spacerowała wraz z Ismeną  po szkolnych błoniach. Było zimno , zbierało się na deszcz.
-Powiesz wreszcie o co chodzi?- zapytała Adara , przyszłej kuzynki. –Mena!
-Dostałam list.- powiedziała w końcu dziewczyna , siadając na kamieniu.
-A co ja mam do tego?
-To list od mojego taty , wiesz że jest magomedykiem.
-Do czego zmierzasz?
-Twój ojciec…- Ismena myślała jak to powiedzieć przyjaciółce. Po paru sekundach zdecydowała. Bezpośrednie. Prosto z mostu-Umarł na wylew.
Adara nadal się na nią patrzyła. Ojciec umarł. Na wylew. Tak banalną , mugolską metodę straty życia. A mamę nazwał słabą, że zachorowała na mugolską chorobę. Ironia.
Powinien umrzeć przed mamą. Nie zasłużył ani na żonę , ani na córkę. Potrafił tylko ranić innych. Odrzucił Tamikę i ta przez niego popełniła samobójstwo.
-Nie jest ci przykro? – zapytała ze zdziwieniem Ismena. 
-On nie jest wart ani jednej mojej łzy.
-Nie rozumiesz, jednego.- postanowiła oświecić ją Is- Twój ojciec był hazardzistą. Nie masz grosza, przy duszy.
Adara, poczuła jak jej nogi stracą stabilność. W wieku szesnastu lat, musiała spłacić długi, swojego psychicznego ojca. Przerażona, usiadła koło niej na kamieniu.
-Ile mam spłacić?
-Pięćdziesiąt tysięcy galeonów.
-O Boże.- schowała twarz w dłoniach.- Skąd ja mam wziąć tyle pieniędzy...?
-Ojciec powiedział że może spłacić pięć tysięcy.- Ismena starając się pocieszyć Adarę i wyciągnęła drugi list- Przepraszam, ze otworzyłam, to od Lucjusza... ale musiałam wiedzieć ile on ci da pieniędzy, żebym mogła sie dowiedzieć ile rodzice dodadzą... Lucjusz napisał że da ci trzydzieści tysięcy... ale to pięć, sama musisz odpracować.
-Dziękuję wam.- wymamrotała Adara a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Wiedziała jak to odpracuje. 
Nagle przy nich pojawił się Robert, od tyłu przytulając Darę.
-Co jest?- zapytał.
-Nic.- wymamrotała smutna.-Puść mnie. 
Następnie odeszła.
~*~
Czuł się jak bankrut wyssany z uczuć do zera
Coś mu szeptało w duchu:
"Chyba ją znam, ale do końca nie jest szczera"
Ostatni raz spotkali się na Gedymina,
Nerwowo tłumaczyła mu, że wyjeżdża na studia do Berlina,
Mówiła: "To już finał, znowu nie zaczynaj, to nie twoja wina"
Płakała i odchodziła wracała i odchodziła...

Mówiła mi: idź przez życie po prostej, a prostsze okażą się dni
Mówiła mi: życie może być szorstkie, a pośpiech najostrzejszą z brzytw
Mówiła mi, że uczucie pomostem, że z pierwszym, lepszym gościem to wstyd

Mówiła mi, że takie są najgorsze, co w ciszy kochają swój krzyk
~*~
12.05.1978 roku
Adara płakała w swoim dormitorium do poduszki. Za trzy dni były jej urodziny. Tego samego dnia ma opuścić szkołę. Nie chciała. Chciała dokończyć edukację , a nie wychodzić za mąż w wieku siedemnastu lat.  Tym bardziej że się zakochała.
Nazywał się Robert Theesrad był o rok starszy i zaczynał karierę. Był uroczym , troskliwym półkrwi czarodziejem. Półkrwi. A nie chciała zostać wydziedziczona jak Andromeda. Musiała pozostać w rodzie. Aby pomóc kolejnej dziewczynie , która będzie z krwi Malfoyów. Aby kolejna dziewczynka nie przechodziła tego piekła. Bo jej, nawet nie miał kto wytłumaczyć co się robi, gdy dostaje się okresu.
Co z tego że Narcyza już miała narzeczonego? Co z tego że i Cyzia zrobiła to co , oczekiwali od niej rodzice? Co z tego że Lucjusz już się ustawkował?
Adara chciała wyjść za mąż z miłości nie przymusu.

-----
*Według osoby, która w tamtych latach, była mniej więcej w wieku  Adary, chłopaki tak własnie reagowaly na pocałunek od dziewczyny (tak, macie mnie, odtworzyłam pierwszy pocałunek, bliskiej mi, choć starszej osoby) to były czasy, nie sądzicie?Że dowodem miłości był buziak, a nie nagie zdjęcia, jak to uważają niektóre zdesperowane nastolatki ;>